
Kabarety mamy raczej słabe. Słabe, znaczy nie śmieszne. Przecież kabaret powinien, przede wszystkim, bawić, inaczej mówiąc, rozśmieszać.
W tej sytuacji, nie powinienem tych kabaretów oglądać, tak mi się zdaje. I rzeczywiście tak mi się zdaje i tylko zdaje. Faktem jest, że nie śledzę programów telewizyjnych w poszukiwaniu programów kabaretowych, ale kiedy przypadkiem na taki program trafię, to zwykle przy nim zostaję, co najmniej kilka chwil. Wyjątkiem jest Marcin Daniec, którego występy biją wszystkie inne kabarety na głowę w kategorii nieśmieszności, głupoty i poziomu, jak to się mówi, poniżej konia. Dlatego Dańca wyłączam natychmiast, jak tylko się zorientuję, że się pojawia lub zbliża. Z innymi jest inaczej; skoro są inni to jak ma być?
Kiedy się kończy jakiś program, który oglądałem i okazuje się, że następnie będzie jakiś kabaret, to nie wyłączam, czekam i zazwyczaj pozostaję przy nim dłuższy czas. Nie bardzo wiem, dlaczego? Choć to mało śmieszne (zupełnie jak większość amerykańskich komedii), niezbyt wyszukane, a czasem wręcz wulgarne, jakoś mi szkoda wyłączyć. Myślę sobie czasem, że to przez nadzieję, że wśród tych miernych, nieśmiesznych dowcipów i skeczy, zdarzy się choć jeden (najlepiej dwa), które będą wyjątkowe, śmieszne, a może nawet jakąś głębszą myśl zawrą. Rzeczywistość jest jednak brutalna i to „czasem” zdarza się bardzo rzadko. A ja nadal nie rezygnuję.
Wczoraj też było podobnie. Malicki i Laskowik próbowali rozśmieszać. Nie oglądałem całości, ale grubsze fragmenty i poczyniłem nowe refleksje.
Stare są wciąż aktualne, czyli – śmieszne to nie było, czasami wykraczało poza granice akceptowalnej rubaszności i spoza tych granic nie wracało zbyt często. Było jednak coś nowego albo wcześniej przeze mnie niezauważonego ( to by nie dziwiło, bo spotkałem się z tym zestawem kabaretowym dopiero drugi raz), co nazwałbym próbą odwoływania się do ambitniejszych wzorców, próbą naśladowania klasyków porządnego kabaretu i poszukiwaniem środków wyrazu, które pozwolą dotrzeć do nieco bardziej wymagającego odbiorcy. Sama idea bardzo szczytna i gdybym nie widział na własne oczy oraz nie słyszał na własne uszy, jaki był efekt tych prób, to bym się ucieszył, przyklasnął i może nawet zakrzyknął: chłopaki, o pardon, panowie, tak trzymać. Niestety, słyszałem i widziałem.
Panowie wpletli w swój, marny zresztą, program kilka piosenek, które miały sprawić, że ich kabaret nawiąże klimatem do kabaretów Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego. I nawiązał, ale wyłącznie cylindrami i szalikami występujących panów. Poza nimi, kompletna klapa. Pioseneczki marne, teksty poniżej wszelkiej krytyki, a pointy, które miały być równie odkrywcze, jak zaskakujące i dowcipne, były do przewidzenia od początku piosenek i tak banalne, że aż wstyd było słuchać. Poza tym, u Wasowskiego i Przybory były zwykle jakieś niuanse, dwuznaczności, rzadko wszystko „na talerzu”. U Malickiego i Laskowika, nie dość, że wszystko jest „na talerzu”, to jeszcze jest tego bardzo niewiele, a i ryzyko niestrawności znaczne.
Całe szczęście, że znalazł się na scenie, prócz wymienionych panów, również całkiem niemały kawałek orkiestry symfonicznej, który był najjaśniejszym punktem programu i, jeśli dostawał szansę, popisywał się naprawdę solidnym kawałkiem muzyki. Zresztą, nie tylko muzyka była w nim pociągająca. Najfajniejsze, jak zwykle, są skrzypaczki. W sensie largo, oczywiście, więc obejmując swym zakresem również wiolonczelistki i altowiolistki, o ile dobrze pamiętam tę, skomplikowaną, jak dla mnie, nazwę.
Zastanawiam się nieraz, jak można było oglądać orkiestrę symfoniczną w czasach, gdy na instrumentach smyczkowych grali wyłącznie starzy, łysiejący jegomoście? Słuchałem ostatnio, i oglądałem niestety, jakiś koncert Filharmoników Wiedeńskich z połowy lat pięćdziesiątych; no tragedia. W orkiestrze żadnej kobiety, tylko właśnie tacy jegomoście. Muzyka, oczywiście, super, ale doznania o wiele mniejsze, niż by mogły być. Dzisiaj, na szczęście, jest inaczej, choć u Filharmoników Wiedeńskich nadal kobiet bardzo mało, to w innych orkiestrach jest dużo lepiej, no i zmiany idą w dobrym kierunku. Mało jest tak uroczych widoków, jak piękna kobieta, grająca na skrzypcach (altówki i wiolonczeli nie wyłączając).
Tak więc, warto czasem obejrzeć nawet marny kabaret (za wyjątkiem Dańca), bo i tam mogą się zdarzyć wrażenia godne zauważenia. Byłbym jednak za tym, aby telewizyjni bonzowie, mając zamiar zaproponować nam taki program, darowali sobie dowcipy i pioseneczki Malickiego i Laskowika, a cały czas dali do dyspozycji orkiestry. Może to nie będzie do końca kabaret, ale wyższy poziom rozrywki i wrażenia estetyczne nieporównywalne.
Komentarze
To racja,
"Potem" był wyjątkowy. Wiele razy widziałem ich na żywo, jeszcze w latach 80-tych, na FAMIE i nie tylko; to było naprawdę mistrzostwo świata. A Joasia, która teraz jest w "Hrabim", jest absolutnie nie do podrobienia. No i wygląda jak 20 lat temu.co do kabaretów
o skrzypaczek nie widziałem , ale pewnie widok przedni:)Dla mnie jednym z najlepszych kabaretów był nieistniejący już kabaret "Potem", 2 osoby ze starego składu rzeczonego kabaretu tworzą teraz wraz z nowymi członkami kabaret "Hrabi" i jak dla mnie rządzą!!! Seria "Terapia" i "Hrabi Dracula" bawią mnie do łez za każdym razem, a jedyna laska w składzie(Joanna Kołaczkowska) najzwyczajniej wymiata po całości
artykuł
bardzo dobry, szczególnie język:) 15 pkt. za użycie "largo" w takim kontekście. Poza tym ja tam lubię kabaret, może i czasem mało wyszukany, ale np. młody Stuhr... no mniam...:) A co do skrzypaczek no cóż... "(...) Prześliczna wio..., wiolon..., wiolonczelistka la la la, ech porwac ją i wio na koniec świata:)(...)" PolecamO rany!
A już myślałam, że tylko mnie się wydaje, że to już nie jest śmieszne, tylko żałosne! Uff, od razu mi lepiej, bo to znaczy, że jeszcze nie do końca ze mną źle. Jeżeli idzie o Dańca, to temat nie nadający się nawet na zwykły komentarz. Jest jeszcze wielu podobnych - oglądam, słucham i nie wiem, w którym miejscu się śmiać.faktycznie,
jest z grubsza tak jak piszesz - choc generalnie zadnych kabaretow w telewizorze aktualnie nie ogladamO!
Aga. Jak miło Cię znowu widzieć w sieci i to w tak sympatycznych okolicznościach. Choć speszyłem się nieco, jako człek z urodzenia nieśmiały.Tulia - i ja się cieszę, choć nie wiem, czy rzesze fanów Dańca nam odpuszczą.
wu- oj, jak się cieszę
ze wspólnego zdania dot. Dańca, zresztą całość mi bliska, i faktycznie te skrzypaczki - ładne dziewczyny, ubrane elegancko i jeszcze grają :))Yes!!
Pisz! Jesten Twoją fanką!! :)