[sekundę...] 


REKLAMA
Szczęśliwe chwile
met [2009-10-20]
Szczęśliwe chwile to motyle, śpiewała na płycie „Derwisz i anioł” Kora onegdaj, kiedy byłam młoda.
A kiedy byłam jeszcze młodsza, to w pamięć wryły mi się słowa Ani Jantar, która dramatycznie melancholijnym tonem wyśpiewała, że nic nie może wiecznie trwać.
I w sumie nie wiem, czy to taka moja przypadłość osobnicza, czy też inni ludzie tak mają, że sięgają wstecz pamięcią i rozpamiętują to, co minęło, a co było warte zapamiętania i fajne.

Ale nawet nie w tym rzecz. Ostatnio zauważyłam pewną prawidłowość, wychwyciłam ją w filmach, które ostatnio oglądałam, a były to filmy różnego kalibru, różnej wartości i z różniącymi się bardzo scenariuszami. A prawidłowość ta polegała na tym, że osią każdego z tych scenariuszy, filmów o innych bajkach, był moment szczęścia w życiu każdego z przedstawionych bohaterów.

I tak się zastanawiam, czy prawidłowością w życiu każdego z nas są właśnie takie momenty szczęścia. Momenty, które trwają absurdalnie krótko, ale wokół których ta reszta życia oblepia się jak zbędny brudek. A te szczęśliwe chwile umykające nagle jak te piosenkowe motyle są jedynymi jasnymi punktami odniesienia w życiorysie.

Przytoczę tu te przykłady, żeby nie być taką gołosłowną.
Siedzę na kanapie, nie ma nic w TV, zapodaję kolejny raz film Sofii Coppoli o Marii Antoninie mocno się gimnastykując, jak  wytłumaczyć córce bezboleśnie, dlaczego Antonina tak długo zamartwiała się tym, że nie jest w ciąży. I cóż widzimy w tym skrócie życia barokowej celebrytki. Że jedynym momentem, kiedy poczuła się naprawdę fajnie, lekko, zwiewnie, pięknie i w pełni nadziei, że jest laską, była chwila, kiedy spontanicznie wyrwała się z kumpelkami na bal do opery co zaowocowało krótkim, ale jakże pięknym romansem z hrabią Fersenem.
Hrabia pokazał Austriaczce do czego służy mężczyzna i jak ładnie babka może odbijać w takiego mężczyzny oczach oraz, że to jest ekscytujące.
Całą reszta życia królowej to było zmaganie się z impotencją męża, nieprzychylnością poddanych, kiepskich czasów, w jakich przyszło jej żyć aż do smutnego finału. Całe 38 lat mitręg, a tylko króciutkie chwile uniesienia.

Sobota, gniję w południe w łóżku, sama w domu, pełna radość. Na TVP kultura leci ramota Jerzego Antczaka „Dama Kameliowa”. Aktorka dobrana nieszczególnie, chyba, że chodziło o pokazanie typu suchotniczego, ale nie w tym rzecz. Luksusowa kurtyzana Paryża omdlewa sobie ze wzruszenia na operze, oddaje się książętom za kaszmiry, diamenty i futra a tymczasem przytrafia jej się pan, który ją kocha, tak zwyczajnie, ma empatię dla jej losu i zwyczajnie ją kocha, a nie tylko pożąda, jest co prawda zazdrosny, ale radzą sobie z tym, zrywają z dawnym trybem życia i uciekają na wieś. I znowu mamy szczęśliwe chwile, ich pląs po wiejskich łąk wśród bzyku pszczół powraca potem jak lajtmotiv i jest ostatnim obrazem, kiedy bohaterka w końcu na te suchoty umiera. Powiedziała przed śmiercią, że w czasie tego jednego miesiąca na wsi czuła się naprawdę szczęśliwa. No a cała reszta to była tylko taka przygrywka do tego miesiąca szczęśliwości. Próba generalna dla życia.
Niedziela. Wybieram się do przybytku, gdzie każdy zacny obywatel ulega pokusie konsumpcji. Rezygnuję jednak z kolejnych butów za kupę kasy, z bólem serca odchodzę myśląc o niezapłaconej polisie i zmierzam na nowego Almodavara „Przerwane objęcia”. I tu to samo. Jest Penelopa. A jak ona to wiadomo, że wokół niej zakochani do szaleństwa faceci. Bohaterka wiedzie życie też kurtyzany w sumie, tyle że współcześnie, oddaje się za szpital dla umierającego ojca. Cierpi robiąc laskę staremu obleśnemu potentatowi finansowemu aż zachciewa jej się zagrać w filmie i odkrywa, że namiętność z reżyserem to jest właśnie to. Oboje to odkrywają zresztą. I pokonując rozmaite trudności, jakie generuje zamożny protektor uciekają nad morze i tam kroją sobie pomidorki, pstrykają foty i łażą po plaży. Trwa to (sic!) miesiąc! Rzeczywistość oczywiście znowu się upomina o bohaterów, ale jak wracają, zdarza się wypadek, ona ginie, on ślepnie i oczywiście całe lata potem zachowuje w pamięci ten czas, kiedy czuł się szczęśliwy z nią. Na szczęście dzięki temu wspomnieniu się trzyma i kończy nawet to, czego nie ukończył przez nią jak należy. Stwierdza bowiem, że film, który się zaczęło trzeba kończyć choćby i na ślepo.

Niedziela wieczór. Zamiast drętwej Brodzik w rozlewisku oglądam „Pożegnanie z Afryką”. Redford jest okropny i przypomina mi jednego znajomego, który też wyznaje zasadę o własnej wolności, która dzieje się nawet mimo tego, że jej bezkres przysparza cierpienia osobie, z którą się zbliża. Ale jest oczywiście moment zachwytu w życiu obojga i Meryl jako Karen Blixen i on jako wagabunda afrykański mają chwile szczęścia, latają sobie samolocikiem, jeżdżą na safari, robią pikniki w ładnych sceneriach. On przyjeżdża do niej po czym odjeżdża, ona się na to godzi i póki utrzymuje się wysoki pozom pożądania w jej krwi, to są to te chwile szczęśliwe, które zapamięta do końca życia jako jedyne takie w swoim życiu i które potem opisze w książce. Bo potem to już ją to wkurza, ten jego tryb życia i nie chce dalej żyć od powrotu do wyjazdu ukochanego.
I to są przykłady z ostatniej chwili. I nie wiem, czy tylko ja tak to widzę, czy tylko ja tak to przeżywam też w swoim życiu, że powracam do momentów, kiedy czułam się mega zadowolona, podniecona, ciekawa, energiczna i nakręcona. I czy tylko ja widzę, jak niesamowicie krótkie są to momenty, trwające parę godzin, jeden dzień, jedną noc i jak grają rolę latarni w mglistości moich dni. Są one jednak trochę jak gazowa lampa, ich światło się wypala z czasem i blednie sobie i zostaje tylko jakaś idiotyczna, bezproduktywna nostalgia za tym co minęło, co się już nie zdarzy.

Zastanawia mnie też coś innego jeszcze. Że ludzie jak już mogą być ze sobą i że sobą przeżyli akurat te chwile szczęścia, to potem nie umieją przekuć tych momentów na coś trwalszego, ale innego. Może gubi ich to, że wydaje im się, że będą razem żyć zawsze na takich wysokich obrotach ekscytacji sobą, tym co im się zdarza, że będą zawsze jak jeden oddech konweniować. Nie umieją wykorzystać tego, co im się zdarzyło i tak samo opłakują to minione jak ci, których los nie złączył z tymi, z którymi szczęście przeżyli.

A najlepiej i tak mają ci, którzy zasadniczo mają w dupie wspomnienia, dobre czy złe, którzy żyją tym co niesie dziś, albo którzy bardziej wierzą Markowi Grechucie, że ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy.

Ale nie wiem, ja się już chyba nie zmienię i na zawsze zostanę kolekcjonerką motyli.


strona: 1 2 3 4
    dodaj do dodajdo

Komentarze

dodaj komentarz
met [26.10.09/13:36]

Fet

no dzięki za docen, narejszcie;]
smęt, ileż można?? nie?

zyta, to fajnie, że też cię to porusza:)
zyta_r [25.10.09/20:06]

świetny tekst

Twoje słowa poruszyły mnie - no i te filmy ... coś w tym jest ...
p.s. dziękuję za komentarz biżuterii.
pozdrawiam
Fetish [23.10.09/10:56]

bardzo fajny tekst

nareszcie, bo już sadzilem że bedziesz smecic :P

tak mysle i mysle i chyba ja tez tak mam. ze wracam do tych dobrych chwil, a ich niewiele bylo. 3 lata sam, ale jak mnie bierze jakas dolina to wlasnie wracam do etapow kiedy z kims byłem, kiedy było dobrze/zle, zalezy jaki stan nirwany chce osiagnac. musze nad tym pomyslec. na razie odszczekuje cichutko.
ziółko [22.10.09/10:48]

met

nie wiem czy tak jest- wierzylam w to i nawet walczylam z niektórymi mówiąc własnie "że możemy sami zmieniac wszystko, ze to od nas zależy", ale naprawdę teraz wydaje mi się ze to tylko złudzenia, co dzien przekonuje sie o tym ile ode mnie nie zależy, a ile rzeczy o ktore sie staralam majac je na celu zostaly wyrzucone "na lewą stronę". Nie chce nikogo przekonywać jak jest naprawdę- tylko sie zastanawiam.
met [21.10.09/10:23]

mielleux

zgadzam się z tobą całkiem, że jak się czegoś oczekuje, to wszystko angle zaczyna irytować, że nie to, nie tak.
słuszna uwaga. ja tak chyba mam właśnie,, wszystko mnie wkurwia, może właśnie dlatego:)

co do Nocy i dni, to jest film arcydzieło, a Niechcicowa to moja antybohaterka, wiecznie niezadowlona, choć i ona miała swojego motyla, pamiętasz nenufary i Toliboskiego? wciąz wracała do tej chwili.

plazm, miał rację Edelman. ale czy w życiu można zobaczyć ciągłość? to pozostanie chyba tylko pobożnym życzeniem:)

jeremi, trudno się mi nie zgodzić z tym co piszesz
mielleux [21.10.09/09:45]

hm.

tez zauwazam z wiekiem, ze coraz mniej rzeczy prznosi szczescie i radosc, a oczekujac czegos wszystko staje sie irytujace
co do tworczosci antczaka a bardziej dabrowskiej "noce i dnie" barbara to chyban igdy nie byla szczesliwa, takze dobrze w ogole posiadac jakies motyle :)
plzm [20.10.09/23:20]

to jak

Edelman o miłości w getcie pisał - trwała zawsze tak krótko, a tak wiele zmieniała
ja myślę, że generalnie życie chwilą - byłą, obecną, minioną, to jest nie do końca słuszne, że trzeba się starać widzie ć ciągłość jakąś, przyczyny i skutki i przewidywać - ale to mi się tak tylko wydaje, a sama nie potrafię
szczerze i ładnie nam napisałaś, dzięki :)
jeremiasz [20.10.09/21:07]

martwe motyle

lepiej podziwiać żywe motyle(delikatne, kolorowe) które czasem przelatują nam nad głową lub pstryknąć im zdjęcie(czyli zapamietać pozytywne uczucia jakie nas wtedy przepełniały), niż je łapać i martwe umieszczać w gablocie gdzie z czasem wyblakną i pokryje je kurz...
met [20.10.09/19:13]

Pia

orzekonuje mnie, to co napisałaś:)
Pia [20.10.09/14:44]

ach

wszystko co rzadkie jest wartościowe. Gdyby diamenty leżaly na ulicy nie kosztowałyby majątku. Moja bliska jedna do dziś ze łzą w oku wspomina pewnego pana, który niestety odszedl do krainy szczęśliwości 10 lat temu. Gdyby żył niewykluczone, że byliby po rozwodzie. Ja uwielbiam piosenke AMJ “Na dłoni” ….”bo szczęście to przelotny gość, szczęście to piórko na dłoni”…mądra i prawdziwa :)
met [20.10.09/14:26]

ziółko

ale co t yopowiadasz?
jak to "Zycie dąży do jednego"
przecież to my jesteśmy za nie odpowiedzialni w dużej mierze, więc samo ono chyba nigdzie nie zmierza.
ziółko [20.10.09/13:33]

ja też tak mam

pare godzin, nie wiecej- uniesien, energii, iskier w oczach, tego czegos co sprawia ze czuje sie jak dzecko z ADHD, mam sile na wszystko, niczym sie nie przejmuje bo jest cos tak pieknego ze jestem szczesliwa. Ale potem trafia to szlag, zawyczaj nagle czuje czyjas stope na posladku- to metafora- i juz nie wiem czy mialam urojenia? ale przeciez bylo to tak rzeczywiste! ale jesli rzeczywiste to mozliwe ze z minuty na minute znika i juz trace bezpowrotnie kontakt z tym na zawsze? Ostatnio sie zastanawialam nad tym i chyba zycie dązy do jednego- zeby czlowiek stracil w sobie to co najpiekniejsze- optymizm, energie, uniesienie, szał, zeby czlowiek szedl przez zycie beznamietnie jak w pustce, jak duch przez ktorego wszystko przelatuje, by nie czul nic, bo jak czuje to czuje sie do dupy a jesli czuje sie fajnie to zaraz poczuje sie tak ze bedzie chcial wypisac sie z tego swiata.
Daguniek [20.10.09/11:17]

Z pewnością rozpamiętywanie tych zdarzeń z przeszłości,

nawet najlepszych, ale tych które już nie wrócą... może mieć jakąś moc. W końcu wspomnienia są potrzebne, inaczej zaraz byśmy mieli w głowie taką gumeczkę co wszystko wymazuje, bo po co nam to?
No, ale jeśli co chwilę się do nich wraca to może nam umknąć coś, co dzieje się teraz... albo co może się zdarzyć za chwilę - bo tkwimy gdzieś daleko, zamiast wyjść do przodu.
Ciężko, kiedy się wciąż żyje takimi chwilami, które już nie wrócą. Czasem to powoduje, że nie umiemy być szczęśliwi. Nie, żebym ja była taka wielce mądra i wszystko zostawiała za sobą, parła do przodu i tyle! o nie... ;]
met [20.10.09/10:02]

syks

nic nie zapomniałam, przywołałam tylko to co widziałąm w ostatnich dwóch dniach:)
Angina [20.10.09/08:25]

I dlatego wolę Hellboya;-)

Chociaż nie oglądałam jeszcze wszystkich tych filmów, to coś w tym jest...już w moim beznadziejnym życiu było o wiele więcej szczęśliwych okresów.
sykstus [20.10.09/07:51]

oczyw

zycie wylacznie wspomnieniami extazy szczeg madre nie jest..

zapomnialas jesz o 'co sie zdarzylo w madison county'
kozucha [20.10.09/06:55]

A może

trzeba i kolekcjonować motyle i przemieniać ten rzadki diament w brylant? Też lubię Grechutę. I przekuwam. I kolekcjonuję motyle.
jeremiasz [20.10.09/00:39]

bo ten brudek jest potrzebny

Niby jak inaczej umielibyśmy rozróznić te chwile gdy jestesmy narawde szcześliwi,bez szarej rzeczywistosci na co dzień? Tak sobie myśle ze jakbyśmy mieli tylko szczesliwe chwile w życiu to zaczelibyśmy celebrować te nieszczęsliwe.
Diament, mimo ze to tylko alotropowa odmiana węgla(w kopalniach węgla przecież nie brakuje) jest tak cenny bo występuje bardzo rzadko w przyrodzie i dopiero w rękach dobrego jubilera przemienia się w brylant.Podobnie jest właśnie ze szczęsciem (a dla każdego człowieka to słowo oznaczać bedzie coś innego) zdarza sie rzadko wiec jak stanie na naszej drodze to trzeba je schwycić i spróbować zmienić w coś trwałego, co zostanie z nami na dłużej.

P.S. obie piosenki A. Jantar i M.Grechuty sa świetne i ponadczasowe:)
Ja uważam ze ważniejsze sa te dni których jeszcze nie znamy:)

Pisz i twórz jedyny autorski serwis
dla ludzi, którym się chce!





Cafenews