Faktem jest, że nie wszystkie staruszki, to ciepłe i dobrotliwe istoty. Gdzieś w zbiorowej świadomości funkcjonuje mit o babci, która robi przetwory na zimę , albo bujając się w fotelu dłubie skarpety na drutach, o dziadku, który z przyjemnością gra z wnukami w szachy.
Mit ten żyje przeważnie wśród osób, które z realnymi staruszkami nie mają na co dzień do czynienia.
Bywa, że i w życiu znajdzie się taki idealny wzorzec, ale to naprawdę rzadkość. Babcia mojej przyjaciółki Baśki ma 93 lata,
przez całe życie Baśki, wszyscy się trzęśli, bo babcia jest schorowana i umierająca. W między czasie babcia, pochowała swoje dwie córki i męża, którego szczerze nie znosiła i szczuła na niego całą rodzinę. Baśczyna babcia mieszka w swojej chałupce na jednym podwórku z synem i synową, synowa od początku miała z nią krzyż pański, zawsze była tą złą, nieodpowiednią, co się wydała za jej syna dla majątku.
Nigdy nie doceniła synowej za wieloletnią obsługę, gotowanie, sprzątanie. Od trzech lat babce się całkiem w głowie poprzewracało,
stała się własną karykaturą. Ciągle podejrzewa, że jest taka chora, bo synowa dosypuje jej truciznę do jedzenia. Żeby odciążyć synową trucicielkę, Baśka i jej mama wzięły babcię do siebie. Wytrzymała pół zimy, po czym zrobiła aferę i kazała się wywieźć z powrotem.
Chyba najbardziej złościł ją fakt, że córka, czyli mama Baśki, jest chora bardziej (ma nieoperacyjnego guza mózgu), a babcia tak lubi być pępkiem świata. Teraz wnuczka po zmarłej córce, musi jej nosić jedzenie. Babcia skarży się wszystkim, jaki to parszywy los ją dotknął.
Siostra mojego dziadka ma 90 lat, nie przekazała pola dzieciom, nie ma emerytury, bo nie chce być dziadówką. Żyje w strasznych warunkach. Ciągle wszystkich oskarża o kradzież, na noc zabiera kury do domu i przywiązuje je sznurkiem, latem wyrywa warzywa z ogrodu i chowa w domu, żeby nikt ich nie ukradł. Jeszcze jak radziła sobie lepiej z chodzeniem, obowiązkowo raz w tygodniu zgłaszała na posterunku kradzież, siana, krowy, kury, grochu, drewna, itp. Domniemanymi sprawcami były zawsze jej dzieci i sąsiedzi.
Moja teściowa reprezentuje odrębny typ, ma wszystko najlepsze, cudowne dzieci, wspaniałych zięciów, boskie wnuki, rewelacyjne synowe. Wszystko naj. Chociaż mogę z tego czerpać profity i napawać swoje ego, to jednak wiem, że to też rodzaj patologii.
Nasz dziadek Edi prezentuje typ "ryło zmiękło". I chociaż to babcia wymyśliła to określenie dla Eduarda, i ona sama, również pod ten typ podpada. Lubię moją babcię, ale wiem, że z niej, to jednak czasem kawał cholery. Mogliby z Edim w duecie zaśpiewać "czas nas uczy pokory, tak od laaaat...." Obydwoje musieli poskromić samych siebie, zejść do podziemia z własnymi sądami.
Edi damski bokser, wszechmądry i nieprzekonany, życie zmusiło go do zamieszkania u swojego zięcia, skurwysyna i baptysty. A zarzekał się, że z jego domu, to dopiero nogami do przodu go wyniosą.
Babcia też zmiękła, musiała abdykować. Obydwoje, oczywiście, co jakiś czas wskrzeszają swoje demony.
Niedawno mój synek trenował podpatrzone w TV, triki z deskorolką, a babcia koniecznie się uparła, żeby go nauczyć jeździć według jej widzimisię:
- postaw tu nogę
- babciu, ale ja nie chcę
- nie tu
- ja robię triki
- postaw nogę w tym miejscu
- ......
I tak długo dręczyła Iksika, aż się rozpłakał z bezsilności. Nie chciał być niegrzeczny, ale nie dał się złamać, nie podporządkował się, wycedził przez zęby, gniewnie w przestrzeń: - nie! żebym we własnym domu, nie mógł trenować!
Babcia oczywiście nie zauważyła, że przekroczyła granice czyjejś wolności. Wlazła na deskę, żeby zademonstrować gdzie trzeba trzymać nogi. Iksik tylko jęknął: - babciu, ale ta deska jest do 50 kg :(
Babcia nie zrozumiała, złapała się rękoma za ławę i dawaj jeździć w tą i z powrotem, komentując: - o tak o, tak o.
Dziadek raz na tydzień musi mieć widzenie z lekarzem, bo uwielbia zastrzyki i nowe tabletki. Kiedyś lekarz przyjeżdżał co tydzień do domu, potem co dwa tygodnie, ale już ma chyba dosyć dziadka, bo przestał przyjeżdżać w ogóle. Wyznacza mu wizyty w przychodni raz na miesiąc.
W sumie mu się nie dziwię, nie jest cudotwórcą, a dziadek oczekuje cudu, nie dociera do niego, że życie bez bólu już minęło i nigdy nie wróci. Każe się wozić po lekarzach z sąsiednich gmin i wymusza na nich zastrzyki, na które go potem trzeba codziennie wozić do ośrodka.
Swój dom dziadek już dawno przepisał na mamę, razem z polem i resztą zabudowań, zupełnie nie rozumiem więc, po co mój ojciec, w ogóle pytał go o zdanie w kwestii przerobienia obory na magazyn nawozowy. Dziadek się ofuknął, że nigdy, że w życiu, że po jego trupie! Ojciec się wkurzył, bo wozi go, stara się zrozumieć, traktuje jak człowieka, a tu taki brak wzajemności.
Mamy też wiejski dom starców, który urąga wszelkim standardom. Mieszkała w nim bratowa mojej babci, dożyła 95 lat, umierała pół życia i wszystkich przeżyła. Moja babcia ciągle tam chodzi na pogaduszki. Mieszka tam Kaziuta (lat 80), zbiera kwiaty z cmentarza i wmawia wszystkim, że dostała je od narzeczonego. Mieszka też Hania, panna, której moja babcia odbiła kawalera. Nie ma nikogo, ma 90 lat. Rozpacza, że Bóg o niej zapomniał, bo wszyscy umierają, tylko nie ona. Nie jadła przez tydzień, bo chciała umrzeć, nie udało się. Mieszka też sparaliżowana kobieta, na której Niemcy podczas wojny robili eksperymenty medyczne. Dzięki temu ma wysoką rentę, ale i tak syn jej wszystko zabiera opłacając jedynie pobyt w domu starców.
Chodzące pensjonariuszki mają pod łóżkiem wiadro, do którego na stojąco załatwiają swoje potrzeby. Smród obezwładnia już na zewnątrz budynku. Po kolacji, aż do rana babki są same. Niedawno sparaliżowana kobieta spadła z łóżka, całą noc spędziła na podłodze, współtowarzyszki nie dały rady jej podnieść.
Czasami mam wrażenia, że przeszłam na druga stronę lustra i ciemną stronę mocy. Mówi się, że trzeba żyć świadomie, ale i z tym można przeholować, trzeba się ograniczyć do tu i teraz, bo jak się zacznie człowiek zastanawiać nad całym światem, to spokojnie zjeść nie można, bo głodująca Afryka staje przed oczami. Patrzę i za dużo widzę, za bardzo się wczuwam.
Mówi się, że trzeba spieszyć się kochać ludzi, wypowiedzieć wszystkie słowa, wykonać wszystkie gesty, żeby nie żałować, że się nie zdążyło. Z babcią miałam taki okres, że chciałam jej umilić ostatnie lata życia, żeby jej się przyjemnie umierało, żeby czuła się zaopiekowana, kochana i ważna. I znowu przelazłam na drugą stronę lustra, zapewniałam rozrywki, słuchałam wspomnień, dałam z siebie wszystko, a może nawet więcej, aż się zasoby wyczerpały. Wygląda na to, że babci ostatnie lata, to bliżej nieokreślona przyszłość, a ja na razie muszę walczyć o siebie, bo nie można wciąż tylko dawać.
Czasem słyszę "och! mieć dziadków, to skarb!" . No, niby tak, ale albo młodych, albo dobrej formie, albo daleko;)
A co jest po drugiej stronie lustra? Cierpienie, choroby, spluwaczka, fizjologia, skleroza, wciąż te same historie. W nagłej śmierci bardziej widzę wybawienie przed niedołężną starością, niż tragedię, a w starości więcej zatwardziałego uporu, niż mądrości i doświadczenia. Każdy pobyt dziadka w szpitalu jest odpoczynkiem psychicznym, a nie, jak kiedyś, powodem do rozpaczy, przedsionkiem śmierci.
Zwyczajnie brakuje mi sił i wiary w sens, jestem zmęczona, choć wiem, że są tacy co mają jeszcze gorzej.
O ile w kwestii aborcji i kary śmierci mam milion wątpliwości, zarówno po stronie "za" jak i "przeciw", o tyle w kwestii eutanazji mam ich zdecydowanie mniej. To już chyba podpada pod ciemną stronę mocy, podobnie jaki i życzenie śmierci.
Przechodzę obok pokoju dziadka, leży w bezruchu: - umarł! - wyrywa się moja własna, pełna nadziei myśl, - eee, oddycha - rozczarowuje ją druga.
Miałam też taką sytuację, gdy dziadek dostał krwotoku z pękniętego żylaka, a ja czekając na karetkę robiłam, co mogłam, żeby zatamować, płynącą strumieniem krew. Przemknęło mi wtedy przez głowę "a może pozwolić mu umrzeć?" Wiedziałam, że sumienie mnie zadręczy. Uratowałam mu życie i zafundowałam kolejne miesiące tortur. Niedźwiedzia przysługa raczej. A taki był piękny, słoneczny dzień, w sam raz na pogodne umieranie.
No, i jak to wszystko podsumować, jaki wniosek wysnuć? Wątek mi się nieco rozwarstwił, a wszystko przez to, że skrzyżowałam dwie blogowe notki, o starości i o moim przejściu na drugą stronę lustra. Ale jedno z drugim ma bezpośredni związek.
Z jednej strony ludzie w podeszłym wieku nikogo nie obchodzą, niech sobie będą, ale niech nie zawracają głowy. A z drugiej strony, ludzi starych, też nikt nie obchodzi, jak już trafi się ktoś, kto chce podać rękę, to złapią i szarpią bezwzględnie, aż się ma ochotę od nich uciec.
Jeszcze nie wiem, jak ja się zestarzeję, jeszcze nie wiem, czy uda mi się to zrobić z godnością, jeszcze się łudzę, że żyjąc świadomie dam radę. Na pewno chciałabym rozumieć innych i być rozumianą, ale czy los będzie łaskawy i nie ześle złośliwej demencji, czy innego alzheimera? Pozostaje mi chyba mieć nadzieję, że doświadczanie cudzej starości, w jej brzydszej odsłonie, ma jakiś głębszy sens, którego na dzień dzisiejszy nie widzę.
Komentarze
samosiejka
uwazam, ze powinnas wydac ksiazke albo byc psychologiem.Mysle,ze masz wyjatkowe podejscie do zycia i pomimo tylu spraw dziejacych sie rownoczesnie kolo ciebie, masz czas na podejscie i ustosunkowanie sie do kazdej z nich .Podoba mi sie samo twoje nastawienie do zycia,plus i to, ze ciekawie piszesz o rzeczach ,ktore czasem inaczej podane nie sa nawet interesujace.
Ten tekst jest naprawde mocny w slowach.
Prawda prawie prosto w oczy.Rzadko sie zdarza,aby tkos tak od razu prosto z mostu kawe na lawe.
zmusza do myslenia
Iksińska
Ty żyjesz twardo to i piszesz prawdziwie, bez wycacania i maniery.Doceniam.
genialne.
zwłaszcza dziś, w czasach kultu młodości, kiedy wszyscy udają, że będą wiecznie piekni, młodzi silni i wieczni.wild
te skrupuły czasem się przydają:D mozna np. bardziej docenić to co sie ma:) nie?Iksinska
Ty zawsze jesteś Wielka! Jak już napiszesz to napiszesz, kurczę, że człowiek ma skrupuły, że mu za dobrze w życiu... masz Ty talent do pisania Dziewczyno!kurczę
mocny tekst.Bardzo mnie poruszył.
iksinska
no nie, ale wybrnęłaś:DDDstarość jest okropna
i boję się jej - art trafny do bólu.żałuję, że moi dziadkowie odeszli ale cieszę się, że odeszli dumnie. i choć oboje chrowali i choroba była wyczerpująca dla nich i dla nas, mamy w pamięci tylko piękne obrazy...
archea, met
mam lęk przed porażką i sukcesem :Darchea
mozesz mieć rację:Diksi
artykul swietny i bardzo mi bliski (niestety?)zupelnie jakbym czytala o dziadku wlasnym. z dziecinstwa go pamietam jako dziadunia. pozniej - stary wredny upierdliwy i zrzedliwy dziadyga. zatruwal swoim zachowaniem zycie kazdemu w domu. i tez nie raz mialam mysli - 'kiedy to wreszcie sie skonczy!!' pozniej mialam wyrzuty sumienia, ale to nie zmienia faktu, ze takowe sie pojawialy bardzo czesto.
ja rozumiem, ze starosc nie radosc, ze oni swoje przezyli, ze choroba i kalectwo potrafi niezle 'namieszac' w glowach i zmienic kazda osobe w istote wredna.
jednakze moj terroryzowal wszystkich psychicznie swoimi wymyslami i pomyslami. nawet jakjuz lezal przykuty do lozka i nie byl w stanie sie ruszac. nie raz z mama i ciotka zesmy plakaly z bezsilnosci i bezradnosci wobec tego co robil.
koszmar. i ciesze sie, ze juz sie skonczyl.
no bo wiesz
talent zobowiązuje. Jak się go już na pewno ma , to "trza" (jakby to dziadek Iksińskiej rzekł) się z niego rozliczyć przed Tym, co go łaskawie udzielił. Więc lepiej się nie przyznawać ;)no ja mówię o tym archea
od dwóch lat;]że ma talęt.
to wierzyć nie chce.
Iksińska
Ty książki pisz. Po Twoim artykule, który przeczytałam jednym tchem, zajrzałam na bloga, a tam dużo więcej takich historii. Podoba mi sie bardzo Twoje podejście - z jednej strony starasz się zachować zimną krew, przyzwoitość, nieść pomoc i jakoś nie zwariować w tym wszystkim, z drugiej nie boisz się przyznać, że czasem mordercze instynkty się odzywają. Bez moralizatorstwa, bez załamywania rąk, bez patetyczności i martyrologii a za to dość rzeczowo, niemal reportersko i jednocześnie bardzo poruszająco. Bardzo do mnie trafia Twój styl.o tak tak,
ten starczy egocentryzm potrafi porządnie z równowagi wyprowadzić:/:)
dzięki, że w ogóle przebrnęliście przez te 6 stron, optymalna długość to chyba 3 strony, tak mi jakoś dużo wyszło,wiecie, tak zawisłam i nie wiem co komu odpowiedzieć
starość i reakcja otoczenia na nią, się chyba wymyka wszelkim regułom
mnie starość wyssała z energii, a tu jeszcze mam w perspektywie własną o nieznanym obliczu
zostawiłam na moim blogu linka i tam też pojawiły się celne komentarze
np.głównym problemem "upiornych staruszków" , jest skrajny egoizm, który stoi w sprzeczności z ich zależnością od innych...
i to jest chyba sedno
znakomity
art, i do bólu szczery.stulu, napisałaś: "są zmierźli zgnuśniali złośliwi i niewdzięczni." Też mam pewe doświadczenie w kwestii starszych ludzi, i też mam do czynienia z takimi zachowaniami - aleja próbuję to rozumieć. starsza osoba (ta, o której mówię, ma 96 lat - jest sprawna jak na swój wiek), która musi znosić ból, samotność, dolegliwości związane z wiekiem, wściekłość, że już nie może sobie poradzić z czynnościami, które kiedyś były proste - to wszystko sprawia, że jest taka, a nie inna. że ma pretensje do wszystkich, że nie słucha, tylko ciągle opowiada o sobie, jak to jest źle...wychodzę stamtąd zła, ale wracam do domu, i mama mówi: "zrozum, to jest starsza osoba, 96 lat, to nie wynika z jej charakteru". i ma trochę racji. ja nie mówię, że jestem aniołem cierpliwości (moja siostra taka jest w stosunku do niej), pewnie byłoby inaczej, gdyby ciocia mieszkała u nas w domu - ale za każdym razem bardzo mocno próbuję ją zrozumieć i zaakceptować, że człowiek, który nie może już wyjść z domu i jest skazany na innych, ma prawo do takiego zachowania.
nie no,
na choroby nie ma się wpływu, na kalectwo:(okropnie trudny temat dla mnie i jakoś, wybaczcie, nie umiem chyba tu o tym napisać
ale artykuł Iksińskiej - znakomity
ja jednak będę się upierać
na znosną dla siebie, innych starość, trzeba se zapracować, całym zyciem dotychczasowym.I to nie jest tak, że starość sama w sobie jest obmierzła i okropna, tylko fakt, jak niewielu ludziom udaje sie być zadowolonym z tego, co w ciągu zycia dokonali;|
...
miałam kiedyś niezłe doświadczenie ze staruszkami. byłam opiekunką społeczną odwiedzającą średnio 5 starszych osób dziennie. sprzątałam prałam gotowałam kąpałam robiłam zakupy; nie raz po głowie dostałam że złe zakupy przyniosłam. POWIEM KRÓTKO - STRACIŁAM SZACUNEK DO STARSZYCH OSÓB. NIESTETY. są zmierźli zgnuśniali złośliwi i niewdzięczni.nie wszyscy, bo byłabym niesprawiedliwa ale większość.
taka nalezy miec nadzieje met,
ale.. choroba (takze mentalna) moze sie zdarzyc zawszesyx
ale tu nie chodzi o bycie surowy, posiadanie tzw. zasad czy o wylewność i bycie czułym, czy nie bycie.chodzi o to, czy było sie po rpostu dobrym i prawym człowiekiem w miare mozliwości.
A nie każdy dobry to ten niesurowy.
dobrym, czyli czy myslało sie w trakcie życia o innych, nie tylko o sobie. Sądzę, że tego rodzaju dobroć jednak zwraca się na starość..
pewn tak
- ogolnie - jaki czlowiek taka starosc..ale sie mn wydaje ze surowi na starosc lagodnieja i vice versa. ale mocy statystycznej to nie ma..
mocna rzecz
bardzo mocna.I nie czarujmy sie, dotyka ona wielu ludzi, w tym niektorych co dzień, tak jak ciebie. Mam na mysli ludzi mających za zadanie opiekowac się swoimi antenatami.
Mam w rodzinie podobnie, nie swojej bezpośrednio. Też jest delibracja kto co i jaka i kiedy kolejna przysługę ma dziadkom wyświadczyć. Jakoś to się toczy w miarę, bo osób do podziału obowiązków sporo, ale ile jest takich rodzin, gdzie dziadków para a dziecko jedno?
Starość to kwestia, której podświadomie boję się bardziej niż śmierci.
Dziś już, kiedy coś mnie boli, mam taką reakcję, że zamykam sie w sobie i mam światu za złe.
nota bene twój tekst mi to przed chwilą uświadomił:D/
więc jeśli teraz tak mam, to co będzie za lat 30 ? nie sądzę, aby zięć, corka czy kto tam będzie miał tyle cierpliwości co mąż:D
Przyszło mi do głowy też, że u ciebie, w okolicach i wogóle staruszkowie bywają uciązliwi tak bardzo, bo wyładowują własnie swoje frustracje na bliskich czy na otoczeniu, odbijaja sobie niespełnienia zyciowe, porazki, często traumatycvzne wojenne doświadczenia.
Zauważyłam, że starcy w miarę zadowoleni z zycia, jakie przezyli są dość strawni dla otoczenia i otoczeniu bardziej też na nich zalezy.
Czyli jaki człowiek, taka starość?
ludzie sa jacys
jedni gorsi inni lepsi. niezaleznie od wieku.jesli si ena to starosc nalozy to moze byc ciezko..
ale pamietajmy, ze nie mamy zielonego pojecia, jacy sami na starosc bedziemy..
być może okrutne
ale jakie prawdziwe i szczere, mieszkam z babcią i doskonale Cię rozumiem. Wszyscy mi mówią: ale masz ekstra babcię, taka fajna kobietka, a ja zaciskam zęby, bo ta fajna kobieta nie raz i nie dwa sprawiła, że ryczałam w poduszkę albo w koszulę męża.... nie chcę się rozpisywać, chcę uciec z tego domu i myslę sobie, że jak i ja mam być taka na starość to chyba oszczędze innym piekiełka i podejmę odpowiednie działania we właściwym czasie.