Wziąć jedno ziarnko piasku i połączyć z innym ziarnkiem piasku, aż się zrobi cegłę. Wziąć cegłę, a potem kolejną i kolejną – aż zrobimy domek. Jeden domek, dwa domki, i tak dalej – aż powstanie osiedle. Osiedle połączyć z innymi osiedlami, aż stworzymy miasto. Miasto, miasto i kolejne miasto – to województwo. Jakieś województwo dobrać z innymi województwami i stworzyć kraj. Wziąć kraj, wziąć więcej krajów i stworzyć kontynent. Jeden kontynent plus kilka innych kontynentów i mamy świat. Jeden świat, drugi, trzeci – dadzą nam wszechświat. Wziąć wszechświat i połączyć go z innymi wszechświatami – powstanie ziarnko piasku…
Tak sobie myślę,
cóż ja miałam we łbie te kilkanaście lat temu, kiedy powyższe słowa spisałam na okładce zeszytu do informatyki. Mogłam przecież się zająć wywodami pani L. o systemie operacyjnym DOS, i dlaczego nigdy nie odejdzie do lamusa. Zamiast tego, masturbowałam się myślą, że jestem taaakaaa przenikliwa. Tymczasem, byłam oczywiście zaledwie pretensjonalna.
No, ale tak to jest,
jak ma się piętnaście lat – człowiek przekonany jest, że ani przed nim, ani po nim nie było i nie będzie nikogo tak wyjątkowego. Statystyczny człowiek, rzecz jasna. Z góry statystycznie sobie nastoletni myśliciel zakłada, że zawojuje świat, że jest najfajniejszy i jeszcze wszystkim pokaże. No i oczywiście – w domyśle ma wieczność, nieprzemijalność i jedyną słuszność oraz trafność swoich sądów.
I
kiedy życie nas weryfikuje, jak z przekąsem i nadzieją (zacierając mentalnie ręce) mawiała moja wychowawczyni, odczuwamy to boleśnie. Bo tu mi nie styka, tak mi braknie. Tu nie jestem taka szczupła, jak zakładałam, że będę, tam nie skończyłam, tu nie dostałam, ten mnie olał, tamten się rozpił…Kiedy dopada mnie ból istnienia i przypominam sobie, że nie noszę na plecach skóry nosorożca i że moje młodzieńcze przekonanie o własnej wyjątkowości było conajmniej bzdurne,
lubię uświadamiać sobie rzeczy oczywiste. Ale z tych, o których nie pamiętam na co dzień. Lubię zapętlać się do utraty tchu we własnej argumentacji, rozkminiam dotąd, aż nie zasnę.
Zaczynam zazwyczaj (i kończę) jakoś banalnie, ostrzegam. A działa to tak… Pomyślmy, ile to jest sto lat.
Sto lat! To w sam raz tyle, żeby można było spokojnie ich życzyć z okazji urodzin, zdając sobie doskonale sprawę, że mało który jubilat je przeżyje. Bądźmy szczerzy – sto lat to dla nas dużo. Ale co to jest sto lat, tak naprawdę? Sto lat temu, na przykład, Lucy Maud Montgomery napisała wciąż aktualną „Anię z Zielonego Wzgórza”, wtedy zdobyto też wciąż dość rzadko odwiedzany biegun północny oraz odnaleziono szkielet neandertalczyka, o których po dziś dzień niewiele wiadomo.
W tym roku, w obawie przed Al-Kaidą, odwołano rajd Paryż – Dakar, który odbył się po raz pierwszy sto lat temu. Sto lat temu feminizm był ruchem nad wyraz silnym i mężczyźni przeczuwali już nieuchronność zwycięstwa sufrażystek, czego wyrazem był pierwszy w historii udział kobiet w igrzyskach olimpijskich. A Polski 100 lat temu nie było na mapie świata. Dziwne, co? Był to czas pełen wydarzeń niezwykłych, walk w różnych dziedzinach i z wieloma różnymi wrogami.
Nic jednak dziwnego, że nie chce nam się o tym pamiętać –
całkiem naturalną koleją rzeczy, żyjemy sobie tu i teraz. Przekonani, że tak ważnych problemów nie miał przed nami nikt, że nasze spory i nasze doświadczenia są absolutnie unikalne. A nawet, że nasze refleksje, myśli, nasze spostrzeżenia, nie mają w historii świata i myśli ludzkiej sobie równych.Zastanawiam się więc, co za sto lat będzie można powiedzieć o roku 2008. Czy będzie rokiem pokoju, czy wojny? Głodu? Sytości? Wolności, czy niewoli? Przez sto lat osąd może się tak bardzo zmienić…
Ale z drugiej strony, sto lat to czas śmiesznie krótki. Wystarczy spojrzeć na starożytność, w której stulecia historycznym ignorantom (jak ja sama) zlewają się w jedno. Egipcjanie, Grecy, Rzymianie, Chińczycy. Jacyś Arcybiadesi, Pitagorasi, jakaś Kleopatra i Brutus, czy inny Sofokles, nie mówiąc o Konfucjuszu. Mieszają nam się z historiami na wpół mitycznymi.
Możemy z całą pewnością na przykład powiedzieć, że
2100 lat temu Chińczycy wkroczyli do Mandżurii, a Mariusz zreformował wojsko. I to z tą samą dokładnością, co o sto lat wcześniejszym pobiciu Hannibala przez Rzymian. Sto lat, to jest pryszcz właściwie.
No może ktoś mi powie, co pamiętać będą o nas nasi potomkowie za lat tysiąc? Idę o zakład, że część ludzkości będzie przekonana, że
Henryk Sienkiewicz pisał na klawiaturze, Słowacki z Mickiewiczem i Szymborską wymieniali empetrójki, a Michał Wiśniewski walczył w Powstaniu Warszawskim, albo i Styczniowym.
Może zauważymy łaskawie, że nie byliśmy tu pierwsi. Nie jedyni, nie najważniejsi. Ale jednocześnie – pomyślmy mocniej – nie ma w tym nic złego, dzięki temu
stopimy się w jedną masę w rondelku historii. Przed nami byli mądrzejsi, ale i głupsi. I wszystko tak naprawdę jest niczym wobec wieczności.
Koniec i bomba, kto czytał ten trąba.
Obraz: Lili Fijałkowska