Zaczęło się od tego, że sama uszyłam sukienkę.
Odciętą pod biustem, bez rękawów. Góra była srebrna, dół biały.
Na tym białym ponaszywałam srebrne kółka - takie jakby cekiny, tylko duże. Zrobiłam z nich piękny geometryczny wzór.
Sukienka - cudo.
Pracowałam nad nią wieczorami, regularnie pokazując efekty kolejnych etapów prac przyszłemu mężowi.
Mierzyłam i kazałam podziwiać.Data ślubu była już ustalona. Na 13 dzień wiosennego miesiąca, w którego nazwie nie ma litery "R".
Tego dnia wcześnie rano spadł śnieg.
Bukiet, co miał być z łąkowych kwiatów - przemarzł - i go nie było.
Potem zepsuł się samochód.
Wszyscy niemal goście byli już w drodze na nasz ślub - z wyjątkiem właścicieli citroena typu "cytryna" vel "kaczka" z brezentowym dachem.
Z oczywistych względów nie zostawili nas w domu. Pojechaliśmy wszyscy niewielkim tym samochodem: pięć osób dorosłych i trójka dzieci.
Po drodze okazało się, że
obrączki zostały w domu, ale było już za późno, żeby wracać.
Pożyczyliśmy szybko od świadka i jego małżonki.
Z powodu śnieżycy spóźnili się na ślub rodzice - i moi, i Pana Młodego.
Dziecko nasze głośno protestowało przeciwko rozłące ze mną -
wzięłam więc ślub z dzieckiem na ręku.
Potem było już nieźle - dobra zabawa, koncert bębniarzy, DJ z Warszawy... Kolega fotograf robił zdjęcia.
Dostaliśmy potem i odbitki, i filmy na wypadek gdybyśmy tych odbitek chcieli więcej (nikt nie słyszał wtedy jeszcze o cyfrówkach).

Potem dziwnym jakimś trafem
wielka koperta ze zdjęciami zginęła.A życie płynęło dalej...
Z mężem moim, świeżo poślubionym urządzaliśmy się w naszym domu.
Udało nam się okazyjnie kupić piękny stary kredens kuchenny.
Starego grata wynieśliśmy więc na podwórko, żeby robił za mebel ogrodowy.
Po roku okazało się, że mebel ogrodowy słabo zniósł deszcze, śniegi i mrozy, na które był narażony. Trzeba więc było go rozebrać i zrecyklować w ognisku.
Przy rozbieraniu mebla znalazły się ślubne zdjęcia...
Wsunęły się one onegdaj między szufladę a tylną ściankę (co robiły w kuchennym meblu???) i grzecznie czekały aż ktoś je znajdzie...
Niestety opady atmosferyczne oraz niskie temperatry zdjęcia zniosły tak samo źle, jak mebel, w którym się ukryły.
Były rozmazane i upstrzone wielkimi białymi plamami. Obrazki - krótko mówiąc - spłynęły.
~
Małżeństwo moje od dawna już nie istnieje i, kto wie... może jedną z przyczyn było zlekceważenie starych "świętych" obyczajów - jak np tego, że
sukni ślubnej Pannie Młodej nie wolno szyć własnoręcznie.
I naprawdę nie powinna się w niej Panna Młoda pokazywać przyszłemu mężowi przed ślubem.

Tak, że drogie Panie oraz Panny - lepiej kupić
TĘ,
TĄ lub
TAMTĄ kieckę niż się samej umęczyć.
A z przesądami lepiej nie igrajmy, bo się można losowi narazić...~
Sukienkę moją ślubną zgubiłam.
Chyba...
Bo od lat nie mam pojęcia, gdzie jest i co się z nią stało...
Komentarze
a ja myslalam, ze mialam kiepski slub :)
ba, nawet w sukience nie bylam, bo balam sie, ze sie nie sprawdzi, jak bede musiala karmic piersia tuz lub zaraz po ceremonii :) zreszta, jaka ta sukienka musialaby byc niewymiarowa w biuscie ;)historia mi sie podoba, baaaaardzo, ale styl krotkich zdan, ktory w sumie lubie, na wczoraj, na to czytanie, na ten konkurs, troche mi popsul ocene caloksztaltu.
.
...
.rewelacja historia :)))
.Łomatkokochana !!!
Nieprawdopodobna historia !!!Chyba wszystkie znaki na niebie i ziemi chciały Ci powiedzieć NIE ! :)
...ale ja Ci mówię TAK!!! :))))) i piąteczka :)
I powiem Ci jeszcze, że bardzo w moim guście leży sukienka ze str.2 :) i w bardzo podobnej sama brałam ślub :)
to i niech leci :)))
ja życzę najszczerzej!!...
może ta sukienka taż się gdzieś wcisnęła, jak zdjęcia;))fajne.
ale pokazanie się w sukni ślubnej chyba się nie liczy...przynajmniej jeśli o ślub cywilny chodzi...moje ubranko do ślubu wybieraliśmy razem z jaśkiem...i jakoś leci:))
hahaha, jolu,
wiem, wiem, z tym jednym to wielki cyrk, a takich trzech zaliczyć, to już chyba Nobel za pokojowe życie (w miarę, w miarę) dla mnie oczywiście :))Tulia
kochana, do trzech razy... ;DDD Kto by to wytrzymał ?!!!o kurczę, faktycznie
wszystko sie sprzysięgło, ale próbuj, co najmniej do trzech razy sztuka, ale za to syn ci się udał :)))za prawdziwą historię lepszą niż film, zasłużona piątka :))
kurcze
laski poszlalyscie :) historie swietne i kazda moim zdaniem zasluguje na miejsce 1sze :))Jolax jak zwykle swietnie napisane a i historia niezla :))
Histopria
niesamowita :-)he he
ślub na jasne górzeciekawe jaki cud by się potem przydarzył ;)
no to
złamałaś prawie wszystkie "Ślubne reguły" ;) jakbyś z mojego miasta była to jeszcze ślub na Jasnej Górze byś mogła sobie zapodać do kompletuMichaelo
nikt nie wymyśli takich historii jakie się w życiu przydarzają :)a reguł na przesądy nie ma - gratuluję udane małżeństwa i życzę, żeby tak było dalej :))
piaget - taką lekcję nieprawdopodobną dostałam - może o tym właśnie żeby znaków słuchać :)
takamała - no, lustro mnie ominęło ;)
Cóż...
w moim przypadku wszystko było, jak należy, miesiąc był z "r", sukni Przyszły nie widział, etc... związek przetrwał 4 lata. Kolejny odbył się w ciążowej sukni mojej siostry, obrączki były srebrne, buty stare, przepustka ze szpitala, tylko na uroczystość zawarcia, gości zero, fotografii też zero i znowu - etc... Nasz syn ma teraz 25 lat, a my kochamy się tak, jak na samym początku, albo nawet bardziej. Przesądy? No, może dlatego tak u mnie było, że ja nigdy nie lubiłam wesel, ani ślubów? Kto wie?Tekst świetny. Piąteczka się należy, jak nic!
"mąż" miało być
oczywiście a nie "mą"...:)w dniu mojego
ślubu stłukłam lustro, były już teraz mą widział moje przymiarki sukienki ślubnej, co prawda "r" w marcu wystepuje, ale... też nie wyszło...historia do sfilmowania:)
za oryginalność
niewątpliwą piąteczka :))nieee noooo
niesamowite!być może wszystkie te znaki na niebie i ziemi chciały Cie odwieść od ślubu, kto wie...?
faktycznie nieprawdopodobne :)
Historia nieprawdopodobna!
Ja ślub brałam w miesiącu też mało popularnym jeśli chodzi o śluby… brakowało literki „r”, ale to mi nie przeszkadzało, bo w przesądy nie wierzę nic a nic. No i żyjemy sobie z moim mężem razem tak już ponad dziesięć lat:)