indra [05.03.10/16:50]
#8
True :). Sama jestem 10 lat młodsza, ale tę zasadę stosowałam zawsze. Mój obecny, gdy jeszcze byłam wolna, zapytał mnie dla kogo tak ładnie się ubrałam tego dnia. Na moją odpowiedź "Dla siebie" dostał lekkiego szoku. Generalnie wyznaję zasadę, że wszystko co robię, robię dla siebie jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny. Jako nastolatkę wkurzało mnie, gdy koleżanki "adoratora" komentowały moją nową fryzurę tekstem: "Ścięłaś włosy dla niego?". No way :). Luzem i pogodnym nastawieniem do świata więcej się osiągnie niż desperacją.
met [10.02.10/18:54]
to jest tekst ponadczasowy
:)
gali [20.01.10/00:00]
musieć to pewnie nie musi,
ale mógłby być ;]
jeremiasz [19.01.10/21:29]
prosze o rozwinięcie 6
chodzi mi o dokładnie sprecyzowanie "nie styka" czyli rozumiem ze jak spotykamy faceta to zaraz musi być syndrom sycylijskiego pioruna i ma nam iskrzyć tak ze nam sie tranzystory przepalą w pierwszych 3 sekundach kontaktu z delikwentem???
A ja myśle że jezeli nauczymy sie być sami(ale nie na smutno, musimy sie poczuć dobrze we własnym towarzystwie i polubić siebie jako osob ę całkowicie kompletną której nic nie brakuje) to dopiero wtedy bedziemy gotowi być z kimś
gali [19.01.10/16:44]
orrany, ale
diskusja ;)
Agatrucicielka, tym gorzej dla nich, nie? ;)
agatrucicielka [19.01.10/14:00]
Problem
Mój problem polega na tym, jak to mi uświadomił mądry przyjaciel- facet, że facetów odstręcza piękna, silna, wiedząca czego chce kobieta. Coś w tym musi być. Woleliby spolegliwą myszkę.
kangaroo [09.04.09/10:30]
ale jak...?
tylko jak to zrobić, żeby sobie odpuścić...!??!!?!? powtarzać jak mantrę "nie szukam faceta, nie szukam faceta....?" Bo tak w głębi to tego pragnienia nie da się chyba wytłumić.....help!
margot_xs [19.03.08/21:33]
mhm
Tiaaaa. Cos w tym jest. Nie ma bardziej zalosnego widoku, niz osoba zdesperowana na maksa
A74 [17.03.08/10:59]
Święte słowa
do których zrozumienia trzeba dojrzeć.
Odpuściłam sobie w 25 roku życia i dokładnie wtedy los mi postawił na drodze mojego obecnego męża któremu na początku znajomosci powiedziałam "spieprzaj".
Walka o mnie była najlepszym zachęcaczem.
Daguniek [15.03.08/11:36]
To dobra, teraz ja :)
Widzę, że dyskusja ostra na temat czy facet jednak ogranicza czy nie. Albo czy związek.
Tak, ja się z Yamotką zgadzam jakby nie patrzeć.
I nie chodzoi o to, że jak się z kimś jest to już ma się zamknięte drzwi do chodzenia samemu gdziekolwiek. Albo ma się wielką żarówę nad głową przypominającą ciągle 'ale halko, Ty masz faceta, nie wolno Ci tego tego tego' - NOŁ.
Ale jest tak, że sami w środku mamy jakieś poczucie, że nie fair byłoby czasami coś zrobić samemu, kiedy można razem. Że nie w porządku jest, jak się decyduje za oboje, jak druga strona się nie zgadza.
A wiem, co mówię, bo akurat jestem na etapie przerabiania takiej sytuacji. Wyć mi się chce, ze On dla mnie czegoś nie zrobi, a dla mnie to ważne. Ale muszę rozumieć, dlaczego tak decyduje i albo się z nim zgodzić albo powiedzmy - iść gdzieś sama.
Nie pojdę, bo będzie mi niefajnie, jak pójdę wbrew niemu.
W kazdym razie - wybór mam, ale jest jakiś ograniznik wewnnętrzny...
I nikt nie mówi, że tak jest wszedzie i w kazdym związku. Ale myślę, że pojawia sie to bardzo, bardzo często.
A wiedzieć Wam trzeba, że Połówka moja mieszka ode mnie ponad 100 hm i wiedziec wcale nie musi gdzie bedę i z kim. Ale to w sobie mam to, że nie zrbię czegoś wbrew, sama, nie tak...
I to się chyba zaufanie nazywa czy jakoś ;)
***
Się rozgadałam, a miała na temat artykułu, nie dyskusji tylko...
O tak, kobietę zdesperowaną widać na kilometr.
Wiecie jakie ja akcje nieświadomie wykonywałam :D
Błahaha.
Ja to kiedyś musze zebrać i opisać.
Najlepsze, że strzała Amora i pożądania trafia przypadkowo. I to tak zupełnie ni z gruchy n z pietruchy, tak... ze koń by się uśmiał, naprawdę :)
sykstus [15.03.08/08:54]
arch,
i vice versa;)
uruska [15.03.08/01:53]
Do adminek
z jakiegoś powodu mój komentarz poniżej został "poszatkowany" i cały jego sens poszedł sobie w siną dal - dlatego proszę o jego usunięcie bo aktualnej w formie nie ma sensu.
archea [14.03.08/23:20]
Sykstusie
też się cieszę, że Cię czytam :) Mam nadzieję, że wkrótce w dłuższej formie Cię zastanę na Broszce.
ole [14.03.08/12:33]
dooobra,
przecież każda relacja, niekoniecznie związek z facetem, w jakimś tam stopniu zmusza nas do kompromisów.. a dla mnie kompromisy są właśnie takim ograniczeniem mojego zdania, działania.. więc nie ma co się tutaj wdawać w dyskusje, że to zależy od faceta, czy też nas samych..Nie ma bata. Żeby było dobrze, muszą być kompromisy.
sykstus [14.03.08/12:31]
maur pisze,
luczniczka komentuje.. jest ok.)
piaget [14.03.08/09:59]
zblaz, maury
ja też identycznie :)
i znowu mi się nasuwa to zdanie: jeśli związek zabiera ci więcej, niż daje...
i tyle
goya [14.03.08/09:22]
tak sobie
czytam te komentarze,i myśle,ze wszystkie macie racje,bo kompromis to tak jak powiedziała zblaz,to przeciwieństwo wolności. Bo jednak godzisz się na ograniczenia,jednak nie robisz do końca tego,co chcesz w danej chwili...
i urusko,nikt tak naprawde nie podważa twojego zdania-no bo jeżeli Ty masz tak w związku-to gratuluję Ci bardzo...jednak zdaża się taka sytuacja bardzo żadko. Spowodowane to jest brakiem dojrzałości partnerów, zazdrością i brakiem zaufania..
ale nie mozesz twierdzić,że tak jest u wszystkich-bo nie jest! Któraś ze stron zawsze musi iść na wieksze kompromisy-tak bywa...
a z tym szukaniem to prawda,jak już sobie odpuściłam, włączył mi się luz to znalazł się mła mąż...czyli to reguła,ze musimy się uspokoić i nauczyć żyć same ze sobą,aby móc żyć z kimś..
zblaz [14.03.08/09:16]
Maury
no więc właśnie :) kropka w kropkę to samo miałam :D
maurycja [14.03.08/09:01]
zblaz
myślisz, że ja to osiągnęłam takim roztropnym myśleniem tak od razu? przed tym wmawialam sobie i innym, że olewam, a tak naprawdę wylewałam łzy w poduszkę i kolezankom na gg. wzorowa postawa zen przyszła wtedy kiedy zmęczyłam się już tym stanem zadręczania siebie myśleniem o samotności. olałam. i ciach zjawił się K.
zblaz [14.03.08/08:46]
no więc tak
Maury - arć przedni, instrukcja obsługi samotności też brzmi jakby sensownie, ale jest jeden szkopuł - sama sobie kiedyś chciałam narzucić takie roztropne myślenie - że trzeba płynąć, nie desperowac, nie szukać na siłę, wyluzować..
ale... to sie nie da tak na zdrowy rozsądek zastosować :) w każdym razie ja nie potrafiłam poczuć tego, do czego usiłowałam sama siebie przekonać. Musiało samo przyjść z czasem po prostu :) więc tego.
no i oczywiście - cóż za cliche - jak tylko osiągnęłam wzorową postawę zen, to zjawił się P. :) Więc może cos jest w tym przyciąganiu ludzi jak się nie poluje na faceta :)
Zaś co do wypowiedzi Uru - mam dwie uwagi. Primo - kompromis to właśnie jest, wedle prawideł, przeciwieństwo wolności, albowiem rezygnujemy z widzimisia na rzecz porozumienia i rezygnacji z pewnych postulatów i druga strona tez i to się właśnie nazywa kompromis. Czyli jednak jakieś ograniczenie. to czy ono jest dobre i warte zachodu, to osobna kwestia, indywidualna dla każdego związku.
Secundo - to, że uważasz, że wszystko wiesz lepiej naprawdę wypływa dobitnie z Twoich komentarzy, nie trzeba się zapuszczać aż na blogaska, żeby to stwierdzić, serio :) i naprawdę nie jesteśmy z Yamką w tej opinii odosobnione.
maurycja [14.03.08/08:26]
ktoś kiedyś powiedział
że bycie w związku jest wyrazem ograniczenia swojego własnego egoizmu. nie oznacza to rzecz jasna, że jak się jest samemu, to człowiek jest nie wiadomo jakim egoistą, no ale może sobie na to pozwolić, bo niby kim ma się przejmować? związek pozwala mu (tak - pozwala, a nie zmusza) do spojrzenia nie tylko na swoje potrzeby, zachcianki, widzimisię.
maurycja [14.03.08/08:23]
saganko
kiedyś napiszę książkę o tych moich życiowych przypadkach i zmaganiach z różnymi panami. tylko kto to będzie chciał czytać?;) te punkty rzecz jasna nie przyniosą rozwiązania wszystkim, na szczęście. to tylko mój mały kamyczek do całego stada rozwiązań.
nemi - otóż to właśnie, kompromis. słowo klucz do udanego związku. chociaż czasem bywa okupiony wcześniejszą walką;)
olens - nikt nikogo do niczego nie zmusza. z jakiś względów godzimy się na takie "kompromisy", bo dostajemy coś w zamian - nie zasypiamy same w pustym łóżku, mamy się do kogo przytulić, wypłakac w mankiet, ale i cieszyć z różnych fajnych rzeczy. nie chciałabym czuć, że mój facet coś poświęca dla mnie, a wcale nie jest do tego przekonany. jeśli nie chce czegoś wspólnie ze mną robić - jego wybór. i to o wiele zdrowsze dla związku niż takie męczenie się i poświęcanie się.
archea [14.03.08/08:20]
Uru
trochę się z Tobą zgadzam a trochę nie. Jednak utrzymanie harmonijnego związku wymaga nauczenia się ustępowania, rezygnowania, odraczania, przyjęcia do wiadomości, że moje nie zawsze musi być najważniejsze, umiejętności wysłuchania i uwzględnienia potrzeb drugiej strony. Jest to ograniczenie. Ale zgadzam się, że jest to ograniczenie, które przynosi wolność. Jeśli umiem rezygnować, to znaczy że jestem wolna od władającego ludźmi chciejstwa, rozszczeniowości. Jeśli umiem przyjąć perspektywę innego człowieka, to znaczy że przestałam być niewolnikiem wyłącznie własnej. Łatwo twierdzić, że jest się wolnym w pojedynkę, dużo trudniej nauczyć się wolności w związku. To pierwsze to nierzadko eskiapizm, niedojrzałość, unikanie konfrontacji, trudności (co nie znaczy, że zawsze tak jest, są prawdziwie wolne single). To drugie ma znacznie bliżej do dojrzałej wolności.
Nie zgadzam się też z tym, że każdy niech sobie robi na co ma ochotę. Jest wiele par, które mają bardzo niewiele wspólnych zainteresowań, a mimo to chcą i lubią spędzać ze sobą czas. Pójście na komedię romantyczną jest pewną rezygnacją z jednej przyjemności (pójścia na horror) dla innej - spędzenia czasu z ukochaną. Moim zdaniem dobrze uświadamiać sobie swoje prawdziwe potrzeby i potrzeby tego bytu, który nazywa się związkiem i zazwyczaj one nie będą mówiły "żadnych poświęceń, każdy robi to, na co ma w danej chwili ochotę, nawet jeśli to oznacza, że nie będziemy spędzać czasu razem".
Co oczywiście też nie oznacza, że wszystko i zawsze trzeba robić razem.
maurycja [14.03.08/07:22]
ups
dzięki za czujność szymku.
uruska [14.03.08/02:36]
saganko
a, w którym to miejscu napastuję kogo? Czy wyrażanie własnej opinii, pytanie co sądzą inni na "zadany" temat jest napastowaniem? Czy może zależy kto to robi? Pokaż mi proszę jeden przykład "napastowania".
ole - istotą związku jest kompromis, istotą kompromisu jest wolność a nie ograniczenie. Czy posiadanie odmiennego zdania w związku jest ograniczeniem??? Do kina możesz iść sama lub z koleżanką na romantyczną komedię. Dlaczego Twój facet byłby zobowiązany lubić filmy, które Ty lubisz i odwrotnie?
Kompromis to nie koniecznie tak, że dziś ty wyrzucasz śmieci a jutro ja. To może być tak, że wyłącznie ja je wyrzucam a ty w zamian zmywasz naczynia zawsze. Albo cokolwiek innego na co się ludzie umówią. Ale to jeszcze nie znaczy, że się tym umówieniem nawzajem ograniczają.
Każdy żyjący w grupie doznaje jakiegoś rodzaju ograniczeń - nie wolno mu pluć na podłogę, nie wolno po godz. 22 puszczać na cały regulator muzyki. Te ograniczenia dotyczą też singli oraz wiele innych tylko dla singli "zarezerwowanych".
Nie zwalajmy winy na związek bo to nie on a wybrany partner i my sami jesteśmy jedynymi ogranicznikami naszej wolności w parze. Także w pojedynkę.
Wierz mi, że znam wielu żyjących w pojedynkę co taki "kaganiec" noszą w sobie, że aż żal patrzeć.
"Zwalając" winę na związek sami się ubezwłasnowalniamy. A powtarzane "strachy" mają z czasem szansę stać się samospełniającą się przepowiednią.
Co oczywiście nie oznacza, że wszyscy MUSZĄ KONIECZNIE żyć w stałym związku. Co kto lubi - tylko nie szafujmy argumentami, które nie są prawdziwe.
ole [14.03.08/01:03]
o!! ale się rozkreciło!
a co powiesz droga urusko na odmienne zdanie w związku? przecież to, że mój mężczyzna pójdzie ze mną na film, który ja chcę obejrzeć, bo chce go obejrzeć ze mną, nie oznacza, że nagle polubi komedie romantyczne! nadal będzie wolał sensację, ale zrobi to dla mnie... i jest to swego rodzaju poświęcenie z jego strony... Nastepnym razem jestem już ograniczona, bo tym razem to ja powinnam się poświęcić.. A nie mamy tyle czasu, aby walnąć sobie dwa seansy za jednym zamachem.
I jeszcze tysiące przykładów, gdy samotna kobieta może bez pytania nikogo o pozwolenie, robić co uważa za słuszne dla niej. Będąc w związku, zawsze powinna brać pod uwagę zdanie faceta. Oczywiście to działa w dwie strony.
szymek_t [13.03.08/23:07]
do końca jeszcze nie doczytałem,alem uczulony na ortografie
dyskretnie zwraca uwagę-strona 1 "przypisuje sie nam,niżmężczyznom!"nie żadne ą!błagam!
majorka [13.03.08/19:56]
nie mam doświadczeń
ze zbyt długą samotnością, nie żeby się chwalić ;), ale znam problem, bo dwie moje bliskie przyjaciółki to przeżywają - jedna panna, druga rozwódka.Jest im bardzo ciężko i obie twierdzą, że z wartościowym partnerem byłoby im lepiej. Trzeba wielkiej samodzielności, dzielności, pewności siebie i mnóstwa innych mocnych cech, żeby wypracować sobie taki stan, o jakim pisze maurycja, ale z pewnością jest on lepszy niż
" szukanie męża".
nemi [13.03.08/18:36]
kompromis
w zwiazku jest tu kluczem.bo nie wyobrazam sobie byc z kims i jednoczesnie w zamknieciu,jak w klatce.
potrzebuje spotkac sie z"ludzmi",z babeczkami na piwku(towarzystwo mieszane tez wchodzi w gre)etc.
poprostu.i jest to do zrobienia.przynajmniej w moim przypadku.
no wychowalam sobie faceta;))hehheeh
saganka [13.03.08/18:08]
tak sobie czytam...
tekst jest tekstem kobiety, która chcąc nie chcąc czegoś doświadczyła, dobrego, złego, wynika, że wynciągnęla jakieś wnioski i kiedy spotkało ją szczęscie, próbuje o nim opowiedzieć, zaklasyfikować.
Chociaż nie postrzegam tego uniwersalnie, że da się dostosować do każdego, to to wnioskowanie, cały proces jaki opisała, jest ujmujący.
natomiast zadzwiają mnie komentarze. Jeśli uruska, orędowniczka partnerskiego szczęścia jest rzeczywiście tak szczęśliwa, to dlaczego staje się raptem taka napastliwa.
Ja zawsze myślałam, że bycie szczęśliwym rozciąga się na wszystkie dziedziny życia i bycia.
uruska [13.03.08/18:07]
?
Dlaczego miałbym się czuć wyróżniną faktem czytania przez Ciebie moich wypowiedi yamot?
Poza tym daruj - pogadałabym chętnie na temat, który zaczęłaś.
Takie dygresyjki natomiast mnie nie wciągają.
yamot [13.03.08/17:25]
Urusko
zebysmy sie zrozumialy - wiem ze masz bloga i z jakim tytulem.
ale nie czytuje.
po prostu nie zainteresowal mnie i tam nie zagladam.
i moje wnioski odnosnie ciebie nie wynikaja z bloga tylko z wypowiedzi tutaj, ktore czytam oczywiscie, jak kazde inne komentarze pod artykulami i blogami. wiec nie czuj sie wyjatkowo wyrozniona z tego tytulu, albowiem specjalnie twoich wypowiedzi nie wyszukuje.
uruska [13.03.08/17:06]
yamot
czytujesz więc wszystkie moje wypowiedzi tutaj. Wow.
Też dobrze.
Czy znich wynika, że wiem lepiej? NIE. To wynika z tytułu mojego bloga, którego oczywiście nie czytujesz... :))))))))))))))
Widzę, jednak - wracając do meritum, że już nie masz ochoty się wysilać więc ok.
goya -> no zapewne trzeba mieć trochę szczęścia, żeby trafić na odpowiednią osobę. Ale to tylko wtedy możliwe, jak się wie czego się chce. Przede wszystkim od siebie:)))
Poza tym - dobrze mieć wymagania i nie dać sobie wmówić, że inaczej, jak "jakoś trzeba ten wózek pchać" się nie da. Kompromisy owszem - to część życia w społeczności ale priorytetów należy bronić, jak niepodległości. Jak się kto na bylejakość godzi to i bylejakie ma życie.
I o tym tu pisze przecież Maurycja - nie związek za każdą cenę! Nie z każdym byle tylko nie samemu!
yamot [13.03.08/17:06]
Maura
jasne, ze gotowosc do wspoldzialania i w ogole.
i tego nie neguje.
i wcale nie trzeba byc nieszczesliwym w zwiazku, zeby te pewne ograniczenia odczuwac. oczywiscie - akceptujemy je wtedy, ale to nie zmienia faktu, ze istnieja.
maurycja [13.03.08/17:02]
ja myślę, że wszystko zależy od ludzi
generalnie jak się jest z kimś, oznacza to nie tylko to że chce się być z daną osobą, bo coś tam ona nam daje. związek to też gotowość na współdzielenie własnego czasu, zainteresowań, życia. jeśli to kogoś ogranicza, krępuje itp. - ma do tego prawo i może być sam. w końcu to nie jest obowiązkowe być z kimś. to po prostu kwestia potrzeb. a mówienie, że gdzieś tam się idzie bez partnera - w końcu on też może mieć swoje plany.
a uruska wie lepiej, to fakt. na szczęście można z nią normalnie pogadać:)
yamot [13.03.08/16:56]
nie Urusko
nie czytuje.
wnioskuje po tonie wszystkich Twoich wypowiedzi jakie sie tu pojawily.
ty zawsze wiesz lepiej.
frazesy? hehehe no jakzeby inaczej.
tak frazesy. masz racje.
;]
goya [13.03.08/16:52]
oooo
ja czytuję Twojego bloga-przyznaję sie...
no i masz kobieto szczęście!!!!tak mówie!ot...
goya [13.03.08/16:51]
ja to się
zgodzę z yamotką..nie zawsze tak bywa,ale po części..
a Ty urusko miałaś poprostu wieeeelkie szcześćie;)
uruska [13.03.08/16:50]
yamot
a Ty skąd to wiesz? Czytujesz mojego bloga? A to miło - szkoda, że incognito.
Gdybym wychodziła z założenia, że niczego się od Ciebie nie dowiem - nie pytałabym. Zbyt cenię sobie własny czas.
A, że nie dam się łatwo zbyć frazesami to chyba dobrze?
yamot [13.03.08/16:46]
Urusko
widze, ze nie ma sęnsa, bo przeciez... ty wiesz lepiej, prawda?
uruska [13.03.08/16:40]
yamot
to o czym piszesz to graniczenia narzucone (lub nie) przez osobę, nie przez związek.
Jeśli "trzeba się spowiadać" to znaczy, że wybrałaś sobie partnera, który tego oczekuje. A nie każdy taki jest.
Co to znaczy "trzeba sie kontrolowac z zachowaniem, bo co innego wypada osobie wolnej a co innego zajetej"?????
Dlaczego nie można sobie pozwolić na spontany????
A nie przyszło Ci do głowy, że można chcieć pójść na film ten sam co partner? A jeśli masz ochotę na inny niż on to czemu każde nie mogłoby pójść osobno???
Poza tym jest w udanym związku jeszcze coś takiego, że człowiek chce pójść z ukochanym a nie sam, chce zrobić dla tego drugiego wiele. A wszystko co robimy bo CHCEMY nie podlega w żadnym razie kategorii >ograniczenie<.
To może masz jakieś trafniejsze przykłady ograniczeń powodowonych przez ZWIĄZEK?
yamot [13.03.08/16:19]
Maura
boszzzzzz....
to mnie tu zlinczuja jak zapodam przemyslenia wlasne w tej kwestii ;)
Urusko
1. kazde samotne wyjscie musi byc skonsultowane z druga polowa, bo nie wypada nie.
2. trzeba sie spowiadac gdzie sie jest, kiedy sie wroci, z kim sie bawi, co sie robi
3. trzeba sie kontrolowac z zachowaniem, bo co innego wypada osobie wolnej a co innego zajetej
4. trzeba brac preferencje partnera odnosnie wspolnego wyjscia, a nie, ze ide na obiad gdzie chce i na film jaki chce
5. nie mozna sobie pozwolic na spontany z przyjaciolmi (tylko z nimi, bez polowy)
na razie tylko 5, ale mysle ze jeszcze pare aspektow by sie znalazlo. prozaiczne, glupie? moze, ale takie ograniczenia niestety wyplywaja jezeli jest sie z kims.
i nie ma tu znaczenia czy jest sie szczesliwym w zwiazku. mozna byc mega szczesliwym, ale uwieraja rzeczy, ktorych nie mozna robic w zwiazku, mozna robic bez ograniczej kiedy jest sie samemu.
maurycja [13.03.08/15:36]
jimmy
no pewnie, że jest o wiele bardziej skomplikowana, ale wiesz nie chciałam tu opisywać moich 9 lat zmagania sie z tym tematem - stąd uproszczona forma, w 10 punktach zaledwie;)
goyo - dzięęęki;) siedzenie w chałupie mi zdecydowanie słuzy, hehe... właśnie zastanawiam się, czy takie myślenie zależy od tego w jakim jest się wieku. rzeczywiście jak rozwalił się mój drugi związek, zostałam zdradzona przez faceta... wydawalo mi się, że jak to? ja sobie nie dam rady, nie znajdę sobie kogoś lepszego??? ja? wydawało mi się, że ot wymyślę sobie cel, namierzę i ptaszek będzie mój. jakież było moje zdziwienie, gdy ów cel olewał mnie i w którymś momencie powiedział wprost - sorry stara, ale mnie nie kręcisz. przykre, no ale cóż...
marla... dokładnie niemal rok temu, no może trochę później stwierdziłam - chrzanię to - trudno, będę sama, jak nie ma odpowiedniego faceta który chciałby ze mną założyć normalną, zdrową rodzinę - muszę z tym zyć. i też sobie mówiłam, że miłości nie ma, ale obserwacje znajomych szczęśliwych w swoich związkach temu przeczyły. gdyby nie moje przyjaciółki, pewnie bym zwariowała. i serio pierwszy raz olałam sprawę. i było mi dobrze. każdy stan można oswoić. byle się nie zamykać na inne stany
yamotku - ciekawa hipoteza:) i dobra na artykuł. czy związek to ograniczenie wolności własnej - za i przeciw. dawaj stara:)
uruska [13.03.08/15:23]
yamot
wymień 3.
Będę wdzięczną.
maurycja [13.03.08/15:11]
olens
no to jest tak jakby się chciało mieć ciastko i je zjeść. zresztą uważam, że nie ma rzeczy niemożliwych. oczywiście, że jak się jest razem to wspólnie się rózne rzeczy uzgadnia, planuje, ustala priorytety. trza iść na kompromis, a to nie jest łatwe... sama wiem po sobie, że nie jest w tym względzie łatwy zawodnik, ale... można się dogadać, robić rózne rzeczy oddzielnie - świat się od tego nie zawali, wręcz przeciwnie - wyjdzie to obojgu na zdrowie. zresztą faceci tez muszą znosić nasze fochy, nierzadko większego kalibru niż ich foszenie;)
jimmy [13.03.08/15:09]
/
rzecz jest o wiele mocniej skomplikowana niż autorka usiłuje to wyłożyć. Gdyby do wszystkiego można było przymierzyć takie proste recepty, nie byłoby kompletnie po co żyć.
marlaa [13.03.08/14:54]
i jeszcze chcialam dodac
ad odpuszczania se na tym froncie, ze to odpuszczenie przybiera czasem formę zamkniecia sie totalnego i zniechecenia i wtedy to jest juz w ogole pokrętne;)
yamot [13.03.08/14:49]
Uru
zawsze w zwiazku beda ograniczenia swojej wlasnej osoby.
zawsze.
chocby nie wiem jak zwiazek szczesliwy i pelen motylkow ;]
uruska [13.03.08/14:47]
Wszystkim watpiacym
powiem tak: można żyć w związku i nie czuć się w najmniejszym stopniu ograniczanym, no chyba, że przez własne ograniczenia, które jednakowoż ze związkiem niewiele mają wspólnego.
Można i nawet trzeba inaczej związek zamienia się w pewien wymuszony układ wzajemnych zleżności i "świadczonych" usług. Jak ty mi to, to ja ci to a jak nie to fuj.
Fuj.
goya [13.03.08/14:47]
o esus
ole!tysz tak myśle,że facetto więcej przeszkadza!
yamot [13.03.08/14:44]
Met
no oczywiscie ze dziala w obie strony! :)
przeca wiem o tym. tylko ja tak napisalam ze wlasnego tylko punktu widzenia, nooooooo....
(nikt mnie dzisiaj nie rozumie chlip chlip)
;)
marlaa [13.03.08/14:39]
bardzo
fajnie napisane:)
wiem jedno, nigdy nie bylam z facetem, tylko dlatego zeby nie być sama.nie pchalam sie z zwiażku w związek, czekalam na wielkie emocje i w ogole;)
ale tak sobie myslę, ze emocjonalnie jestem idiotka, zakochuje sie w sekudne, odkochuje latami;)
nie jest łatwo odpuścic sobie na tym polu. jak sama piszesz. rok gwarancji???:))
i tak sobie myslę, ze czasem to mi sie nawet nie chce wypelniać tej pustki, angażowac w coś, se myslę po co jak i to tak to nic nie zmieni.kiedy jestem zakochana, pytanie po co znika;)
ale myslę, ze jakby to nie tylko kwestia posiadania/braku faceta, tylko wiele wynika z postawy zyciowej i otwartosci.
i czasem mi sie wydaje, ze w milosc nie wierze juz.
goya [13.03.08/14:39]
maura
muszę to stwierdzic:jestem twojąfanką kobieto!
jak już TY coś napiszesz,to naprawde jestthe best!
a wiec tak, mi kiedyś-jeszczezaodległych czasów-wydawało sie właśnie tak,że bez faceta-to jestem taaaka mala! no ale miałam mało lat i może dlatego?
teraz jednak wiem,ze potrafiłabym żyć sama,bo znam swoja wartos, bo mam zainteresowania i bo jestem w pewnym sensie spełniona. Ale kiedys,jak byłam samotna było mi ciezko,bo chociaz miałam mało lat,to potrzebowałam drugiej osoby. Nigdy nie szukałam ,jak to się mówi:natrętnie-raczej to mnie szukano..hahahahaha...
i gdybym teraz została sama,to wrzuciłabym na luz,skoncentrowała na sobie-a nie na facetach... ale może dlatego,że wiem jak to jest we dwoje, wiem jak to jest być z kimś bardzo długo? i moze dlatego,że już jestem matką...
nie wiem,ale w pewnym stopniu rozumiem te kobiety,co wartościowują się posiadaniem faceta...smutne...
met [13.03.08/14:36]
yamo
ale zoabcz, to działa w dwie strony, on też bywa partnerką ograniczany, jej oczekiwaniami, potrzebami i też może miec z tego powodu fuja, i czasem nie ma i się udaje a czasem ma i się wszystko pieprzy:D a zwłaszcza, kiedy oboje czują więcej ograniczeń niz zysków.
yamot [13.03.08/14:33]
Ole
ja wlasnie tez tego aspektu w zwiazkach nie lubie.
szczesliwa i owsze w zwiazku, ale jednak to ograniczenie 'facetem' czasem uwieralo :)
met [13.03.08/14:32]
olęs
we życiu jest zawsze coś za coś:D
ole [13.03.08/14:30]
oesu, nie "jest odwrotnie",
tylko "z drugiej strony" coś mi się w kontekście zdania pomerdało ;)
ole [13.03.08/14:28]
a ja uważam, że jest wręcz odwrotnie,
facet ogranicza.. ze względu na jakieś fochy, często działamy nie tak jakbyśmy chciały... i na odwrót, oni też są przez nas w jakiś tam sposób przymuszani do czegoś. Z tego jedynego względu zazdroszczę samotnym koleżankom, robią co chcą i kiedy chcą, nie patrząc na innych. Dodam tylko, że nie, nie jestem nieszczęśliwa w związku. Po prostu jest to jeden taki aspekt przyzwyczajenia do bycia panią siebie samej i lubienia siebie samej.
uruska [13.03.08/14:19]
no właśnie
:)))
maurycja [13.03.08/14:12]
urusko
też bym nie zamieniła mojego obecnego życia na żadne inne, nie wspominając o mężczyźnie z którym jestem. jest absolutnym dopełnieniem mnie. ale oboje doskonale wiemy, że mimo iż jesteśmy razem stanowimy dwie odrębne jednostki, zresztą bardzo niezależne... to chyba nas do siebie przyciągnęło. miezależność i luuuuz
Cran - jesteś dla mnie przykładem kobiety, która spokojnie wiedzie swoje życie nie oglądając się na to, że akurat w tej chwili nie ma faceta w jej życiu. ja wierzę, że czas będzie Ci przynosił dobre dla Ciebie niespodzianki
mixa - a myślisz że ja nie gram niemal hazardowo w kulki?;) widzisz po sobie, że miłość się zdarza... poza nami i bez naszych planów aby się coś zadziało...
mixa [13.03.08/14:05]
hehe
Najbardziej mi się tytuł podoba :)
Punkt 5 ... czasem fajnie się tak rzucić :P
Punkt 6 ... też myślałam, że miłość nie przychodzi z czasem, głosiłam to na prawo i lewo, a teraz... sama doświadczam tego, że jednak przychodzi :) i wierze, że to się nie skończy :)
Punkt 7 ... a ja lubie grać w kulki noooo ;)
Poiza tym świetnie napisane Maury :)
Cran [13.03.08/14:04]
facet nigdy nie był i nie jest
wyznacznikiem mojego być albo nie być.
i np nigdy w zyciu - nawet jako mała dziewczynka nie marzyłam o własnym slubie - że piekna suknia itp. nigdy. zawsze mówiłam, ze będę żyła na kocią łapę;-)
a ostatnio mam odczucia ambiwalentne co do facetow.
a co będzie? czas pokaże...
uruska [13.03.08/14:03]
Świetny tekst.
Nie po znajomości tak piszę a z przekonania głębokiego.
Tak, jest faktycznie, że zdecydowanej większości z nas lepiej w parze.
I powiem tak, ze swojego półwiecznego doświadczenia: wiem, że samej potrafiłabym świetnie żyć. I to się maluje gdzieś na człowieczym ciele i odczytywanym jest jako atrakcyjne przez płeć przeciwną.
Od lat jestem w fantastycznym związku, którego nie zamieniłabym świadomie i dobrowalnie na inny, ale też wiemy, ja i mój Ukochanek, że bez niego też potrafiłabym żyć, świetnie sobie radzić i być szczęśliwą. I to powoduje pewnie ten dreszczyk emocji - mój facet wie, że nie jest mi do życia niezbędny i fakt, że z nim jestem nie wynika z żadnych przymusów formalnych czy też kulturowo-społecznych.
I to jest droga do sukcesu właśnie, jak piszesz - nie POKAZYWANIE, że same damy radę a czucie tego prawdziwe.
To jest taki klik maleńki aczkolwiek zasadniczy, który odróżnia to >udawanie< (czesto pewnie też przed sobą) od prawdziwego poczucia, że JESTEM TEŻ BEZ FACETA.
Choć oczywiście we dwójkę zdecydowanie raźniej!
maurycja [13.03.08/14:02]
piaget
myślisz, że ja bym była taka wyluzowana, gdybym wiedziała co się święci pod moim nosem? gdybym miała tego świadomość - zaczęłabym grać i krygować. a tak... byłam zaskoczona efektem. i nadal zaskoczona jestem;)
a coś w tym jest - lubie czasem obserwować pary w knajpach i zastanawiać się na jakim są etapie znajomości, czy to na przykład pierwsza randka... jeśli pierwsza - od razu widać komu bardziej zależy i kto jest już "gotowy"
piaget [13.03.08/13:59]
zresztą nie raz słyszałam
i sama też jestem na to dowodem, że miłość przychodzi dopiero w tedy, gdy nie szukasz :)
piaget [13.03.08/13:57]
coś w tym jest
pamiętam jak biegałam (młoda byłam, naprawdę :)) z dziewczynami co tydzień na imprzy/dyskoteki. i jak byłam wyluzowana i nastawiona na zabawę, przeważnie poznawałam nowych, fajnyh ludzi - jakbym ich przyciągała. A kiedy szłam z nastwawieniem poznania kogoś - nigdy nic z tego nie wyszło, niezależnie jak fajne miałam dżinsy i fryzurę :)
podobną rzecz zaobserwowałam niedawno, gdy byłam w klubie z koleżankami (przyznam, już kilka lat nie byłam na takiej imprezie) i niestety muszę przyznać, że z boku to bardzo, bardzo widać, kto przyszedł na łowy, a kto się pobawić...
maurycja [13.03.08/13:51]
yamotku
a kto powiedział, że to wabik? to po prostu kilka punktów, które mogą pomóc w tym aby nie czuć się zdesperowaną kobietą;) jak się taką nie czujesz, nie jesteś tak postrzegana przez innych, a tym bardziej przez kolesi. Ty się wyluzowałaś w kwestii jak sądzę, a co przyniesie życie - to już sama wybierzesz
met - widzisz, to silne przekonanie i wiara przyniosły Ci męża. i to jeszcze jakiego;)
yamot [13.03.08/13:43]
zara zara zara ;]
1. nie odliczam dni spedzonych w samotnosci
2. nie rzucam sie na kazdego napotkanego faceta i nie wizualizuje od razu swietlanej przyszlosci
3. absolutnie nie wierze w to ze milosc przyjdzie
4. korzystam z zycia w ramach dostepnych mi czasowo i finansowo
5. dbam o siebie dla siebie, bo mi po prostu z tym lepiej
6. bywam wsrod ludzi duzo i czesto
7. nie jestem ani zdesperowana ani zrozpaczona faktem zem sama. co wiecej dobrze mi tak.
i kurde nie bynajmniej nie chce, zeby to powyzsze bylo 'wabikiem' dla jakiegokolwiek faceta ;)
met [13.03.08/13:30]
hmć
między ludźmi, to wiadomo, bywa różnie, także w ukladach partnerskich, małżeńskich, bywa trudno, bywa nudno, bywa na fochu, bywa drazniąco, jest tysiąc etapów. Ale bywa też tak, że się myśli, fajnie byc razem.
nie wiem czy pasuję do terminu, mam faceta więc jestem, pewnie tak, choć nigdy w życiu nie poszukiwałam go od moemntu, kiedy zaczęły mi hormony buzować.
jak piszesz, poddałam się fali, na szczęście nie było internetu, więc mozna było robić risercz w realu:)
i zawsze sobie myślałam, że po świecie łazi gdzieś ktos, kto będzie moim mężem, ale o tym jeszcze nie wie;]
to było bardzo silne przekonanie.
dziś z perspektywy kilkunastu lat moge powiedzieć, że trudno by mi było samej. nie ze względu nawet na sprawy socjlane, ale tak ogolnie, zyciowo. Inaczej: nie wyobrażam sobie tego za bardzo.
moze to źle, bo każdy powinien liczyć na siebie, ale z drugiej strony, jak piszesz, tak do konca chyba się nie da.
mój m i dziecko są dla mnie punktami orientacyjnymi we życiu, tak to ujmę.
Komentarze
#8
True :). Sama jestem 10 lat młodsza, ale tę zasadę stosowałam zawsze. Mój obecny, gdy jeszcze byłam wolna, zapytał mnie dla kogo tak ładnie się ubrałam tego dnia. Na moją odpowiedź "Dla siebie" dostał lekkiego szoku. Generalnie wyznaję zasadę, że wszystko co robię, robię dla siebie jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny. Jako nastolatkę wkurzało mnie, gdy koleżanki "adoratora" komentowały moją nową fryzurę tekstem: "Ścięłaś włosy dla niego?". No way :). Luzem i pogodnym nastawieniem do świata więcej się osiągnie niż desperacją.to jest tekst ponadczasowy
:)musieć to pewnie nie musi,
ale mógłby być ;]prosze o rozwinięcie 6
chodzi mi o dokładnie sprecyzowanie "nie styka" czyli rozumiem ze jak spotykamy faceta to zaraz musi być syndrom sycylijskiego pioruna i ma nam iskrzyć tak ze nam sie tranzystory przepalą w pierwszych 3 sekundach kontaktu z delikwentem???A ja myśle że jezeli nauczymy sie być sami(ale nie na smutno, musimy sie poczuć dobrze we własnym towarzystwie i polubić siebie jako osob ę całkowicie kompletną której nic nie brakuje) to dopiero wtedy bedziemy gotowi być z kimś
orrany, ale
diskusja ;)Agatrucicielka, tym gorzej dla nich, nie? ;)
Problem
Mój problem polega na tym, jak to mi uświadomił mądry przyjaciel- facet, że facetów odstręcza piękna, silna, wiedząca czego chce kobieta. Coś w tym musi być. Woleliby spolegliwą myszkę.ale jak...?
tylko jak to zrobić, żeby sobie odpuścić...!??!!?!? powtarzać jak mantrę "nie szukam faceta, nie szukam faceta....?" Bo tak w głębi to tego pragnienia nie da się chyba wytłumić.....help!mhm
Tiaaaa. Cos w tym jest. Nie ma bardziej zalosnego widoku, niz osoba zdesperowana na maksaŚwięte słowa
do których zrozumienia trzeba dojrzeć.Odpuściłam sobie w 25 roku życia i dokładnie wtedy los mi postawił na drodze mojego obecnego męża któremu na początku znajomosci powiedziałam "spieprzaj".
Walka o mnie była najlepszym zachęcaczem.
To dobra, teraz ja :)
Widzę, że dyskusja ostra na temat czy facet jednak ogranicza czy nie. Albo czy związek.Tak, ja się z Yamotką zgadzam jakby nie patrzeć.
I nie chodzoi o to, że jak się z kimś jest to już ma się zamknięte drzwi do chodzenia samemu gdziekolwiek. Albo ma się wielką żarówę nad głową przypominającą ciągle 'ale halko, Ty masz faceta, nie wolno Ci tego tego tego' - NOŁ.
Ale jest tak, że sami w środku mamy jakieś poczucie, że nie fair byłoby czasami coś zrobić samemu, kiedy można razem. Że nie w porządku jest, jak się decyduje za oboje, jak druga strona się nie zgadza.
A wiem, co mówię, bo akurat jestem na etapie przerabiania takiej sytuacji. Wyć mi się chce, ze On dla mnie czegoś nie zrobi, a dla mnie to ważne. Ale muszę rozumieć, dlaczego tak decyduje i albo się z nim zgodzić albo powiedzmy - iść gdzieś sama.
Nie pojdę, bo będzie mi niefajnie, jak pójdę wbrew niemu.
W kazdym razie - wybór mam, ale jest jakiś ograniznik wewnnętrzny...
I nikt nie mówi, że tak jest wszedzie i w kazdym związku. Ale myślę, że pojawia sie to bardzo, bardzo często.
A wiedzieć Wam trzeba, że Połówka moja mieszka ode mnie ponad 100 hm i wiedziec wcale nie musi gdzie bedę i z kim. Ale to w sobie mam to, że nie zrbię czegoś wbrew, sama, nie tak...
I to się chyba zaufanie nazywa czy jakoś ;)
***
Się rozgadałam, a miała na temat artykułu, nie dyskusji tylko...
O tak, kobietę zdesperowaną widać na kilometr.
Wiecie jakie ja akcje nieświadomie wykonywałam :D
Błahaha.
Ja to kiedyś musze zebrać i opisać.
Najlepsze, że strzała Amora i pożądania trafia przypadkowo. I to tak zupełnie ni z gruchy n z pietruchy, tak... ze koń by się uśmiał, naprawdę :)
arch,
i vice versa;)Do adminek
z jakiegoś powodu mój komentarz poniżej został "poszatkowany" i cały jego sens poszedł sobie w siną dal - dlatego proszę o jego usunięcie bo aktualnej w formie nie ma sensu.Sykstusie
też się cieszę, że Cię czytam :) Mam nadzieję, że wkrótce w dłuższej formie Cię zastanę na Broszce.dooobra,
przecież każda relacja, niekoniecznie związek z facetem, w jakimś tam stopniu zmusza nas do kompromisów.. a dla mnie kompromisy są właśnie takim ograniczeniem mojego zdania, działania.. więc nie ma co się tutaj wdawać w dyskusje, że to zależy od faceta, czy też nas samych..Nie ma bata. Żeby było dobrze, muszą być kompromisy.maur pisze,
luczniczka komentuje.. jest ok.)zblaz, maury
ja też identycznie :)i znowu mi się nasuwa to zdanie: jeśli związek zabiera ci więcej, niż daje...
i tyle
tak sobie
czytam te komentarze,i myśle,ze wszystkie macie racje,bo kompromis to tak jak powiedziała zblaz,to przeciwieństwo wolności. Bo jednak godzisz się na ograniczenia,jednak nie robisz do końca tego,co chcesz w danej chwili...i urusko,nikt tak naprawde nie podważa twojego zdania-no bo jeżeli Ty masz tak w związku-to gratuluję Ci bardzo...jednak zdaża się taka sytuacja bardzo żadko. Spowodowane to jest brakiem dojrzałości partnerów, zazdrością i brakiem zaufania..
ale nie mozesz twierdzić,że tak jest u wszystkich-bo nie jest! Któraś ze stron zawsze musi iść na wieksze kompromisy-tak bywa...
a z tym szukaniem to prawda,jak już sobie odpuściłam, włączył mi się luz to znalazł się mła mąż...czyli to reguła,ze musimy się uspokoić i nauczyć żyć same ze sobą,aby móc żyć z kimś..
Maury
no więc właśnie :) kropka w kropkę to samo miałam :Dzblaz
myślisz, że ja to osiągnęłam takim roztropnym myśleniem tak od razu? przed tym wmawialam sobie i innym, że olewam, a tak naprawdę wylewałam łzy w poduszkę i kolezankom na gg. wzorowa postawa zen przyszła wtedy kiedy zmęczyłam się już tym stanem zadręczania siebie myśleniem o samotności. olałam. i ciach zjawił się K.no więc tak
Maury - arć przedni, instrukcja obsługi samotności też brzmi jakby sensownie, ale jest jeden szkopuł - sama sobie kiedyś chciałam narzucić takie roztropne myślenie - że trzeba płynąć, nie desperowac, nie szukać na siłę, wyluzować..ale... to sie nie da tak na zdrowy rozsądek zastosować :) w każdym razie ja nie potrafiłam poczuć tego, do czego usiłowałam sama siebie przekonać. Musiało samo przyjść z czasem po prostu :) więc tego.
no i oczywiście - cóż za cliche - jak tylko osiągnęłam wzorową postawę zen, to zjawił się P. :) Więc może cos jest w tym przyciąganiu ludzi jak się nie poluje na faceta :)
Zaś co do wypowiedzi Uru - mam dwie uwagi. Primo - kompromis to właśnie jest, wedle prawideł, przeciwieństwo wolności, albowiem rezygnujemy z widzimisia na rzecz porozumienia i rezygnacji z pewnych postulatów i druga strona tez i to się właśnie nazywa kompromis. Czyli jednak jakieś ograniczenie. to czy ono jest dobre i warte zachodu, to osobna kwestia, indywidualna dla każdego związku.
Secundo - to, że uważasz, że wszystko wiesz lepiej naprawdę wypływa dobitnie z Twoich komentarzy, nie trzeba się zapuszczać aż na blogaska, żeby to stwierdzić, serio :) i naprawdę nie jesteśmy z Yamką w tej opinii odosobnione.
ktoś kiedyś powiedział
że bycie w związku jest wyrazem ograniczenia swojego własnego egoizmu. nie oznacza to rzecz jasna, że jak się jest samemu, to człowiek jest nie wiadomo jakim egoistą, no ale może sobie na to pozwolić, bo niby kim ma się przejmować? związek pozwala mu (tak - pozwala, a nie zmusza) do spojrzenia nie tylko na swoje potrzeby, zachcianki, widzimisię.saganko
kiedyś napiszę książkę o tych moich życiowych przypadkach i zmaganiach z różnymi panami. tylko kto to będzie chciał czytać?;) te punkty rzecz jasna nie przyniosą rozwiązania wszystkim, na szczęście. to tylko mój mały kamyczek do całego stada rozwiązań.nemi - otóż to właśnie, kompromis. słowo klucz do udanego związku. chociaż czasem bywa okupiony wcześniejszą walką;)
olens - nikt nikogo do niczego nie zmusza. z jakiś względów godzimy się na takie "kompromisy", bo dostajemy coś w zamian - nie zasypiamy same w pustym łóżku, mamy się do kogo przytulić, wypłakac w mankiet, ale i cieszyć z różnych fajnych rzeczy. nie chciałabym czuć, że mój facet coś poświęca dla mnie, a wcale nie jest do tego przekonany. jeśli nie chce czegoś wspólnie ze mną robić - jego wybór. i to o wiele zdrowsze dla związku niż takie męczenie się i poświęcanie się.
Uru
trochę się z Tobą zgadzam a trochę nie. Jednak utrzymanie harmonijnego związku wymaga nauczenia się ustępowania, rezygnowania, odraczania, przyjęcia do wiadomości, że moje nie zawsze musi być najważniejsze, umiejętności wysłuchania i uwzględnienia potrzeb drugiej strony. Jest to ograniczenie. Ale zgadzam się, że jest to ograniczenie, które przynosi wolność. Jeśli umiem rezygnować, to znaczy że jestem wolna od władającego ludźmi chciejstwa, rozszczeniowości. Jeśli umiem przyjąć perspektywę innego człowieka, to znaczy że przestałam być niewolnikiem wyłącznie własnej. Łatwo twierdzić, że jest się wolnym w pojedynkę, dużo trudniej nauczyć się wolności w związku. To pierwsze to nierzadko eskiapizm, niedojrzałość, unikanie konfrontacji, trudności (co nie znaczy, że zawsze tak jest, są prawdziwie wolne single). To drugie ma znacznie bliżej do dojrzałej wolności.Nie zgadzam się też z tym, że każdy niech sobie robi na co ma ochotę. Jest wiele par, które mają bardzo niewiele wspólnych zainteresowań, a mimo to chcą i lubią spędzać ze sobą czas. Pójście na komedię romantyczną jest pewną rezygnacją z jednej przyjemności (pójścia na horror) dla innej - spędzenia czasu z ukochaną. Moim zdaniem dobrze uświadamiać sobie swoje prawdziwe potrzeby i potrzeby tego bytu, który nazywa się związkiem i zazwyczaj one nie będą mówiły "żadnych poświęceń, każdy robi to, na co ma w danej chwili ochotę, nawet jeśli to oznacza, że nie będziemy spędzać czasu razem".
Co oczywiście też nie oznacza, że wszystko i zawsze trzeba robić razem.
ups
dzięki za czujność szymku.saganko
a, w którym to miejscu napastuję kogo? Czy wyrażanie własnej opinii, pytanie co sądzą inni na "zadany" temat jest napastowaniem? Czy może zależy kto to robi? Pokaż mi proszę jeden przykład "napastowania".ole - istotą związku jest kompromis, istotą kompromisu jest wolność a nie ograniczenie. Czy posiadanie odmiennego zdania w związku jest ograniczeniem??? Do kina możesz iść sama lub z koleżanką na romantyczną komedię. Dlaczego Twój facet byłby zobowiązany lubić filmy, które Ty lubisz i odwrotnie?
Kompromis to nie koniecznie tak, że dziś ty wyrzucasz śmieci a jutro ja. To może być tak, że wyłącznie ja je wyrzucam a ty w zamian zmywasz naczynia zawsze. Albo cokolwiek innego na co się ludzie umówią. Ale to jeszcze nie znaczy, że się tym umówieniem nawzajem ograniczają.
Każdy żyjący w grupie doznaje jakiegoś rodzaju ograniczeń - nie wolno mu pluć na podłogę, nie wolno po godz. 22 puszczać na cały regulator muzyki. Te ograniczenia dotyczą też singli oraz wiele innych tylko dla singli "zarezerwowanych".
Nie zwalajmy winy na związek bo to nie on a wybrany partner i my sami jesteśmy jedynymi ogranicznikami naszej wolności w parze. Także w pojedynkę.
Wierz mi, że znam wielu żyjących w pojedynkę co taki "kaganiec" noszą w sobie, że aż żal patrzeć.
"Zwalając" winę na związek sami się ubezwłasnowalniamy. A powtarzane "strachy" mają z czasem szansę stać się samospełniającą się przepowiednią.
Co oczywiście nie oznacza, że wszyscy MUSZĄ KONIECZNIE żyć w stałym związku. Co kto lubi - tylko nie szafujmy argumentami, które nie są prawdziwe.
o!! ale się rozkreciło!
a co powiesz droga urusko na odmienne zdanie w związku? przecież to, że mój mężczyzna pójdzie ze mną na film, który ja chcę obejrzeć, bo chce go obejrzeć ze mną, nie oznacza, że nagle polubi komedie romantyczne! nadal będzie wolał sensację, ale zrobi to dla mnie... i jest to swego rodzaju poświęcenie z jego strony... Nastepnym razem jestem już ograniczona, bo tym razem to ja powinnam się poświęcić.. A nie mamy tyle czasu, aby walnąć sobie dwa seansy za jednym zamachem.I jeszcze tysiące przykładów, gdy samotna kobieta może bez pytania nikogo o pozwolenie, robić co uważa za słuszne dla niej. Będąc w związku, zawsze powinna brać pod uwagę zdanie faceta. Oczywiście to działa w dwie strony.
do końca jeszcze nie doczytałem,alem uczulony na ortografie
dyskretnie zwraca uwagę-strona 1 "przypisuje sie nam,niżmężczyznom!"nie żadne ą!błagam!nie mam doświadczeń
ze zbyt długą samotnością, nie żeby się chwalić ;), ale znam problem, bo dwie moje bliskie przyjaciółki to przeżywają - jedna panna, druga rozwódka.Jest im bardzo ciężko i obie twierdzą, że z wartościowym partnerem byłoby im lepiej. Trzeba wielkiej samodzielności, dzielności, pewności siebie i mnóstwa innych mocnych cech, żeby wypracować sobie taki stan, o jakim pisze maurycja, ale z pewnością jest on lepszy niż" szukanie męża".
kompromis
w zwiazku jest tu kluczem.bo nie wyobrazam sobie byc z kims i jednoczesnie w zamknieciu,jak w klatce.potrzebuje spotkac sie z"ludzmi",z babeczkami na piwku(towarzystwo mieszane tez wchodzi w gre)etc.
poprostu.i jest to do zrobienia.przynajmniej w moim przypadku.
no wychowalam sobie faceta;))hehheeh
tak sobie czytam...
tekst jest tekstem kobiety, która chcąc nie chcąc czegoś doświadczyła, dobrego, złego, wynika, że wynciągnęla jakieś wnioski i kiedy spotkało ją szczęscie, próbuje o nim opowiedzieć, zaklasyfikować.Chociaż nie postrzegam tego uniwersalnie, że da się dostosować do każdego, to to wnioskowanie, cały proces jaki opisała, jest ujmujący.
natomiast zadzwiają mnie komentarze. Jeśli uruska, orędowniczka partnerskiego szczęścia jest rzeczywiście tak szczęśliwa, to dlaczego staje się raptem taka napastliwa.
Ja zawsze myślałam, że bycie szczęśliwym rozciąga się na wszystkie dziedziny życia i bycia.
?
Dlaczego miałbym się czuć wyróżniną faktem czytania przez Ciebie moich wypowiedi yamot?Poza tym daruj - pogadałabym chętnie na temat, który zaczęłaś.
Takie dygresyjki natomiast mnie nie wciągają.
Urusko
zebysmy sie zrozumialy - wiem ze masz bloga i z jakim tytulem.ale nie czytuje.
po prostu nie zainteresowal mnie i tam nie zagladam.
i moje wnioski odnosnie ciebie nie wynikaja z bloga tylko z wypowiedzi tutaj, ktore czytam oczywiscie, jak kazde inne komentarze pod artykulami i blogami. wiec nie czuj sie wyjatkowo wyrozniona z tego tytulu, albowiem specjalnie twoich wypowiedzi nie wyszukuje.
yamot
czytujesz więc wszystkie moje wypowiedzi tutaj. Wow.Też dobrze.
Czy znich wynika, że wiem lepiej? NIE. To wynika z tytułu mojego bloga, którego oczywiście nie czytujesz... :))))))))))))))
Widzę, jednak - wracając do meritum, że już nie masz ochoty się wysilać więc ok.
goya -> no zapewne trzeba mieć trochę szczęścia, żeby trafić na odpowiednią osobę. Ale to tylko wtedy możliwe, jak się wie czego się chce. Przede wszystkim od siebie:)))
Poza tym - dobrze mieć wymagania i nie dać sobie wmówić, że inaczej, jak "jakoś trzeba ten wózek pchać" się nie da. Kompromisy owszem - to część życia w społeczności ale priorytetów należy bronić, jak niepodległości. Jak się kto na bylejakość godzi to i bylejakie ma życie.
I o tym tu pisze przecież Maurycja - nie związek za każdą cenę! Nie z każdym byle tylko nie samemu!
Maura
jasne, ze gotowosc do wspoldzialania i w ogole.i tego nie neguje.
i wcale nie trzeba byc nieszczesliwym w zwiazku, zeby te pewne ograniczenia odczuwac. oczywiscie - akceptujemy je wtedy, ale to nie zmienia faktu, ze istnieja.
ja myślę, że wszystko zależy od ludzi
generalnie jak się jest z kimś, oznacza to nie tylko to że chce się być z daną osobą, bo coś tam ona nam daje. związek to też gotowość na współdzielenie własnego czasu, zainteresowań, życia. jeśli to kogoś ogranicza, krępuje itp. - ma do tego prawo i może być sam. w końcu to nie jest obowiązkowe być z kimś. to po prostu kwestia potrzeb. a mówienie, że gdzieś tam się idzie bez partnera - w końcu on też może mieć swoje plany.a uruska wie lepiej, to fakt. na szczęście można z nią normalnie pogadać:)
nie Urusko
nie czytuje.wnioskuje po tonie wszystkich Twoich wypowiedzi jakie sie tu pojawily.
ty zawsze wiesz lepiej.
frazesy? hehehe no jakzeby inaczej.
tak frazesy. masz racje.
;]
oooo
ja czytuję Twojego bloga-przyznaję sie...no i masz kobieto szczęście!!!!tak mówie!ot...
ja to się
zgodzę z yamotką..nie zawsze tak bywa,ale po części..a Ty urusko miałaś poprostu wieeeelkie szcześćie;)
yamot
a Ty skąd to wiesz? Czytujesz mojego bloga? A to miło - szkoda, że incognito.Gdybym wychodziła z założenia, że niczego się od Ciebie nie dowiem - nie pytałabym. Zbyt cenię sobie własny czas.
A, że nie dam się łatwo zbyć frazesami to chyba dobrze?
Urusko
widze, ze nie ma sęnsa, bo przeciez... ty wiesz lepiej, prawda?yamot
to o czym piszesz to graniczenia narzucone (lub nie) przez osobę, nie przez związek.Jeśli "trzeba się spowiadać" to znaczy, że wybrałaś sobie partnera, który tego oczekuje. A nie każdy taki jest.
Co to znaczy "trzeba sie kontrolowac z zachowaniem, bo co innego wypada osobie wolnej a co innego zajetej"?????
Dlaczego nie można sobie pozwolić na spontany????
A nie przyszło Ci do głowy, że można chcieć pójść na film ten sam co partner? A jeśli masz ochotę na inny niż on to czemu każde nie mogłoby pójść osobno???
Poza tym jest w udanym związku jeszcze coś takiego, że człowiek chce pójść z ukochanym a nie sam, chce zrobić dla tego drugiego wiele. A wszystko co robimy bo CHCEMY nie podlega w żadnym razie kategorii >ograniczenie<.
To może masz jakieś trafniejsze przykłady ograniczeń powodowonych przez ZWIĄZEK?
Maura
boszzzzzz....to mnie tu zlinczuja jak zapodam przemyslenia wlasne w tej kwestii ;)
Urusko
1. kazde samotne wyjscie musi byc skonsultowane z druga polowa, bo nie wypada nie.
2. trzeba sie spowiadac gdzie sie jest, kiedy sie wroci, z kim sie bawi, co sie robi
3. trzeba sie kontrolowac z zachowaniem, bo co innego wypada osobie wolnej a co innego zajetej
4. trzeba brac preferencje partnera odnosnie wspolnego wyjscia, a nie, ze ide na obiad gdzie chce i na film jaki chce
5. nie mozna sobie pozwolic na spontany z przyjaciolmi (tylko z nimi, bez polowy)
na razie tylko 5, ale mysle ze jeszcze pare aspektow by sie znalazlo. prozaiczne, glupie? moze, ale takie ograniczenia niestety wyplywaja jezeli jest sie z kims.
i nie ma tu znaczenia czy jest sie szczesliwym w zwiazku. mozna byc mega szczesliwym, ale uwieraja rzeczy, ktorych nie mozna robic w zwiazku, mozna robic bez ograniczej kiedy jest sie samemu.
jimmy
no pewnie, że jest o wiele bardziej skomplikowana, ale wiesz nie chciałam tu opisywać moich 9 lat zmagania sie z tym tematem - stąd uproszczona forma, w 10 punktach zaledwie;)goyo - dzięęęki;) siedzenie w chałupie mi zdecydowanie słuzy, hehe... właśnie zastanawiam się, czy takie myślenie zależy od tego w jakim jest się wieku. rzeczywiście jak rozwalił się mój drugi związek, zostałam zdradzona przez faceta... wydawalo mi się, że jak to? ja sobie nie dam rady, nie znajdę sobie kogoś lepszego??? ja? wydawało mi się, że ot wymyślę sobie cel, namierzę i ptaszek będzie mój. jakież było moje zdziwienie, gdy ów cel olewał mnie i w którymś momencie powiedział wprost - sorry stara, ale mnie nie kręcisz. przykre, no ale cóż...
marla... dokładnie niemal rok temu, no może trochę później stwierdziłam - chrzanię to - trudno, będę sama, jak nie ma odpowiedniego faceta który chciałby ze mną założyć normalną, zdrową rodzinę - muszę z tym zyć. i też sobie mówiłam, że miłości nie ma, ale obserwacje znajomych szczęśliwych w swoich związkach temu przeczyły. gdyby nie moje przyjaciółki, pewnie bym zwariowała. i serio pierwszy raz olałam sprawę. i było mi dobrze. każdy stan można oswoić. byle się nie zamykać na inne stany
yamotku - ciekawa hipoteza:) i dobra na artykuł. czy związek to ograniczenie wolności własnej - za i przeciw. dawaj stara:)
yamot
wymień 3.Będę wdzięczną.
olens
no to jest tak jakby się chciało mieć ciastko i je zjeść. zresztą uważam, że nie ma rzeczy niemożliwych. oczywiście, że jak się jest razem to wspólnie się rózne rzeczy uzgadnia, planuje, ustala priorytety. trza iść na kompromis, a to nie jest łatwe... sama wiem po sobie, że nie jest w tym względzie łatwy zawodnik, ale... można się dogadać, robić rózne rzeczy oddzielnie - świat się od tego nie zawali, wręcz przeciwnie - wyjdzie to obojgu na zdrowie. zresztą faceci tez muszą znosić nasze fochy, nierzadko większego kalibru niż ich foszenie;)/
rzecz jest o wiele mocniej skomplikowana niż autorka usiłuje to wyłożyć. Gdyby do wszystkiego można było przymierzyć takie proste recepty, nie byłoby kompletnie po co żyć.i jeszcze chcialam dodac
ad odpuszczania se na tym froncie, ze to odpuszczenie przybiera czasem formę zamkniecia sie totalnego i zniechecenia i wtedy to jest juz w ogole pokrętne;)Uru
zawsze w zwiazku beda ograniczenia swojej wlasnej osoby.zawsze.
chocby nie wiem jak zwiazek szczesliwy i pelen motylkow ;]
Wszystkim watpiacym
powiem tak: można żyć w związku i nie czuć się w najmniejszym stopniu ograniczanym, no chyba, że przez własne ograniczenia, które jednakowoż ze związkiem niewiele mają wspólnego.Można i nawet trzeba inaczej związek zamienia się w pewien wymuszony układ wzajemnych zleżności i "świadczonych" usług. Jak ty mi to, to ja ci to a jak nie to fuj.
Fuj.
o esus
ole!tysz tak myśle,że facetto więcej przeszkadza!Met
no oczywiscie ze dziala w obie strony! :)przeca wiem o tym. tylko ja tak napisalam ze wlasnego tylko punktu widzenia, nooooooo....
(nikt mnie dzisiaj nie rozumie chlip chlip)
;)
bardzo
fajnie napisane:)wiem jedno, nigdy nie bylam z facetem, tylko dlatego zeby nie być sama.nie pchalam sie z zwiażku w związek, czekalam na wielkie emocje i w ogole;)
ale tak sobie myslę, ze emocjonalnie jestem idiotka, zakochuje sie w sekudne, odkochuje latami;)
nie jest łatwo odpuścic sobie na tym polu. jak sama piszesz. rok gwarancji???:))
i tak sobie myslę, ze czasem to mi sie nawet nie chce wypelniać tej pustki, angażowac w coś, se myslę po co jak i to tak to nic nie zmieni.kiedy jestem zakochana, pytanie po co znika;)
ale myslę, ze jakby to nie tylko kwestia posiadania/braku faceta, tylko wiele wynika z postawy zyciowej i otwartosci.
i czasem mi sie wydaje, ze w milosc nie wierze juz.
maura
muszę to stwierdzic:jestem twojąfanką kobieto!jak już TY coś napiszesz,to naprawde jestthe best!
a wiec tak, mi kiedyś-jeszczezaodległych czasów-wydawało sie właśnie tak,że bez faceta-to jestem taaaka mala! no ale miałam mało lat i może dlatego?
teraz jednak wiem,ze potrafiłabym żyć sama,bo znam swoja wartos, bo mam zainteresowania i bo jestem w pewnym sensie spełniona. Ale kiedys,jak byłam samotna było mi ciezko,bo chociaz miałam mało lat,to potrzebowałam drugiej osoby. Nigdy nie szukałam ,jak to się mówi:natrętnie-raczej to mnie szukano..hahahahaha...
i gdybym teraz została sama,to wrzuciłabym na luz,skoncentrowała na sobie-a nie na facetach... ale może dlatego,że wiem jak to jest we dwoje, wiem jak to jest być z kimś bardzo długo? i moze dlatego,że już jestem matką...
nie wiem,ale w pewnym stopniu rozumiem te kobiety,co wartościowują się posiadaniem faceta...smutne...
yamo
ale zoabcz, to działa w dwie strony, on też bywa partnerką ograniczany, jej oczekiwaniami, potrzebami i też może miec z tego powodu fuja, i czasem nie ma i się udaje a czasem ma i się wszystko pieprzy:D a zwłaszcza, kiedy oboje czują więcej ograniczeń niz zysków.Ole
ja wlasnie tez tego aspektu w zwiazkach nie lubie.szczesliwa i owsze w zwiazku, ale jednak to ograniczenie 'facetem' czasem uwieralo :)
olęs
we życiu jest zawsze coś za coś:Doesu, nie "jest odwrotnie",
tylko "z drugiej strony" coś mi się w kontekście zdania pomerdało ;)a ja uważam, że jest wręcz odwrotnie,
facet ogranicza.. ze względu na jakieś fochy, często działamy nie tak jakbyśmy chciały... i na odwrót, oni też są przez nas w jakiś tam sposób przymuszani do czegoś. Z tego jedynego względu zazdroszczę samotnym koleżankom, robią co chcą i kiedy chcą, nie patrząc na innych. Dodam tylko, że nie, nie jestem nieszczęśliwa w związku. Po prostu jest to jeden taki aspekt przyzwyczajenia do bycia panią siebie samej i lubienia siebie samej.no właśnie
:)))urusko
też bym nie zamieniła mojego obecnego życia na żadne inne, nie wspominając o mężczyźnie z którym jestem. jest absolutnym dopełnieniem mnie. ale oboje doskonale wiemy, że mimo iż jesteśmy razem stanowimy dwie odrębne jednostki, zresztą bardzo niezależne... to chyba nas do siebie przyciągnęło. miezależność i luuuuzCran - jesteś dla mnie przykładem kobiety, która spokojnie wiedzie swoje życie nie oglądając się na to, że akurat w tej chwili nie ma faceta w jej życiu. ja wierzę, że czas będzie Ci przynosił dobre dla Ciebie niespodzianki
mixa - a myślisz że ja nie gram niemal hazardowo w kulki?;) widzisz po sobie, że miłość się zdarza... poza nami i bez naszych planów aby się coś zadziało...
hehe
Najbardziej mi się tytuł podoba :)Punkt 5 ... czasem fajnie się tak rzucić :P
Punkt 6 ... też myślałam, że miłość nie przychodzi z czasem, głosiłam to na prawo i lewo, a teraz... sama doświadczam tego, że jednak przychodzi :) i wierze, że to się nie skończy :)
Punkt 7 ... a ja lubie grać w kulki noooo ;)
Poiza tym świetnie napisane Maury :)
facet nigdy nie był i nie jest
wyznacznikiem mojego być albo nie być.i np nigdy w zyciu - nawet jako mała dziewczynka nie marzyłam o własnym slubie - że piekna suknia itp. nigdy. zawsze mówiłam, ze będę żyła na kocią łapę;-)
a ostatnio mam odczucia ambiwalentne co do facetow.
a co będzie? czas pokaże...
Świetny tekst.
Nie po znajomości tak piszę a z przekonania głębokiego.Tak, jest faktycznie, że zdecydowanej większości z nas lepiej w parze.
I powiem tak, ze swojego półwiecznego doświadczenia: wiem, że samej potrafiłabym świetnie żyć. I to się maluje gdzieś na człowieczym ciele i odczytywanym jest jako atrakcyjne przez płeć przeciwną.
Od lat jestem w fantastycznym związku, którego nie zamieniłabym świadomie i dobrowalnie na inny, ale też wiemy, ja i mój Ukochanek, że bez niego też potrafiłabym żyć, świetnie sobie radzić i być szczęśliwą. I to powoduje pewnie ten dreszczyk emocji - mój facet wie, że nie jest mi do życia niezbędny i fakt, że z nim jestem nie wynika z żadnych przymusów formalnych czy też kulturowo-społecznych.
I to jest droga do sukcesu właśnie, jak piszesz - nie POKAZYWANIE, że same damy radę a czucie tego prawdziwe.
To jest taki klik maleńki aczkolwiek zasadniczy, który odróżnia to >udawanie< (czesto pewnie też przed sobą) od prawdziwego poczucia, że JESTEM TEŻ BEZ FACETA.
Choć oczywiście we dwójkę zdecydowanie raźniej!
piaget
myślisz, że ja bym była taka wyluzowana, gdybym wiedziała co się święci pod moim nosem? gdybym miała tego świadomość - zaczęłabym grać i krygować. a tak... byłam zaskoczona efektem. i nadal zaskoczona jestem;)a coś w tym jest - lubie czasem obserwować pary w knajpach i zastanawiać się na jakim są etapie znajomości, czy to na przykład pierwsza randka... jeśli pierwsza - od razu widać komu bardziej zależy i kto jest już "gotowy"
zresztą nie raz słyszałam
i sama też jestem na to dowodem, że miłość przychodzi dopiero w tedy, gdy nie szukasz :)coś w tym jest
pamiętam jak biegałam (młoda byłam, naprawdę :)) z dziewczynami co tydzień na imprzy/dyskoteki. i jak byłam wyluzowana i nastawiona na zabawę, przeważnie poznawałam nowych, fajnyh ludzi - jakbym ich przyciągała. A kiedy szłam z nastwawieniem poznania kogoś - nigdy nic z tego nie wyszło, niezależnie jak fajne miałam dżinsy i fryzurę :)podobną rzecz zaobserwowałam niedawno, gdy byłam w klubie z koleżankami (przyznam, już kilka lat nie byłam na takiej imprezie) i niestety muszę przyznać, że z boku to bardzo, bardzo widać, kto przyszedł na łowy, a kto się pobawić...
yamotku
a kto powiedział, że to wabik? to po prostu kilka punktów, które mogą pomóc w tym aby nie czuć się zdesperowaną kobietą;) jak się taką nie czujesz, nie jesteś tak postrzegana przez innych, a tym bardziej przez kolesi. Ty się wyluzowałaś w kwestii jak sądzę, a co przyniesie życie - to już sama wybierzeszmet - widzisz, to silne przekonanie i wiara przyniosły Ci męża. i to jeszcze jakiego;)
zara zara zara ;]
1. nie odliczam dni spedzonych w samotnosci2. nie rzucam sie na kazdego napotkanego faceta i nie wizualizuje od razu swietlanej przyszlosci
3. absolutnie nie wierze w to ze milosc przyjdzie
4. korzystam z zycia w ramach dostepnych mi czasowo i finansowo
5. dbam o siebie dla siebie, bo mi po prostu z tym lepiej
6. bywam wsrod ludzi duzo i czesto
7. nie jestem ani zdesperowana ani zrozpaczona faktem zem sama. co wiecej dobrze mi tak.
i kurde nie bynajmniej nie chce, zeby to powyzsze bylo 'wabikiem' dla jakiegokolwiek faceta ;)
hmć
między ludźmi, to wiadomo, bywa różnie, także w ukladach partnerskich, małżeńskich, bywa trudno, bywa nudno, bywa na fochu, bywa drazniąco, jest tysiąc etapów. Ale bywa też tak, że się myśli, fajnie byc razem.nie wiem czy pasuję do terminu, mam faceta więc jestem, pewnie tak, choć nigdy w życiu nie poszukiwałam go od moemntu, kiedy zaczęły mi hormony buzować.
jak piszesz, poddałam się fali, na szczęście nie było internetu, więc mozna było robić risercz w realu:)
i zawsze sobie myślałam, że po świecie łazi gdzieś ktos, kto będzie moim mężem, ale o tym jeszcze nie wie;]
to było bardzo silne przekonanie.
dziś z perspektywy kilkunastu lat moge powiedzieć, że trudno by mi było samej. nie ze względu nawet na sprawy socjlane, ale tak ogolnie, zyciowo. Inaczej: nie wyobrażam sobie tego za bardzo.
moze to źle, bo każdy powinien liczyć na siebie, ale z drugiej strony, jak piszesz, tak do konca chyba się nie da.
mój m i dziecko są dla mnie punktami orientacyjnymi we życiu, tak to ujmę.