[sekundę...] 


REKLAMA
Krótko szczęśliwie
Plazma [2009-04-11]
Jako mała dziewczynka zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, kim jestem. I trafiło mnie to jak piorun, z pierwszą miesiączką.

Może mam taki skład chemiczny, nadprodukcję jakiegoś hormonu, nie wiem. Ale z całą pewnością skupiam się w swoim życiu za bardzo na pojęciu pt. "miłość".

Nikt mnie tego nie uczył, nikt nie wpajał mi szukania księcia z bajki - sama wpędzam się w takie idiotyczne stany jak tęsknota, zauroczenie, długotrwałe, wieloletnie modlitwy za jednego człowieka i jego uwagę - zawsze nieświadomego a nawet niegodnego tych uczuć.

Karmię się wiecznym zakochaniem w samym zakochaniu - i to z jednej strony potrafi być szalenie wykańczające, ale z drugiej pozwala mi na emocje tak wielkie, że trudne do opisania. Uprawiam zakochiwanie się ekstremalne, z góry skazane z różnych przyczyn na klęskę, bo, nawet zakochiwanie się bezpodstawne.

Zakochanie, w którym sama, nazwijmy to, interakcja z obiektem, trwa szalenie krótko, ale dostarcza długotrwałej inspiracji.

Już wujek Szekspir doskonale wiedział, ile daje szalonej satysfakcji brak satysfakcji. W takim "Śnie nocy letniej" na przykład, mamy Tytanię, boginię, która przez złośliwy czar swego męża Oberona, zakochuje się w gościu z twarzą osła. Czar pryska o świcie, i chociaż Bottomowi powraca normalna facjata, w miejsce pyska osła, to Tytania nie chce już na niego patrzeć. Ale tymczasem, ów koleś okazuje się wzbogacony o to niemożliwe do zrealizowania uczucie - z przygłupa właściwie, nagle, staje się poetą. Można śmiało powiedzieć, że w tym nieszczęśniku, Nicku Bottomie, Szekspir widział samego siebie.
Współczesny wielki mistrz sztuki pokrewnej teatrowi, Woody Allen w swoim najnowszym dziele, "Vicky Cristina Barcelona", które trafi 17 kwietnia na nasze ekrany, umieścił najprawdziwsze chyba dla mnie zdanie, zdanie, które wyryłabym z chęcią na swoim nagrobku: "Tylko niespełniona miłość jest romantyczna".

Otóż to - każda bajka ma taką właśnie strukturę - śledzimy samo dążenie do spełnienia bohaterów i to ono pociąga nas najbardziej. I potem żyją sobie te postaci już długo, szczęśliwie i nudno. Albo, jak Romeo i Julia, umierają... Dla widza znaczenie ma tylko to, czego to kochankowie nie byli w stanie zrobić, jakich zaklęć i podstępów użyć, żeby móc się zjednoczyć wreszcie. To, co po zjednoczeniu, to już tak zwana proza życia - a i tak ma szanse zostać kanwą dobrej powieści tylko wtedy, kiedy pojawi się zdrada lub też małżonków los rozdzieli.

Jako piętnastolatka zrobiłam sobie wielką krzywdę, oglądając "Przed wschodem słońca" Ryszarda Linklatera. Miałam nawet mały zeszycik wypełniony cytatami i dialogami, jakie udało mi się wychwycić z mojej kiepskiej kopii vhs (co akurat opłaciło się szalenie na wszelakich testach z listening comprehension na studiach). Traktowałam ten film jak podręcznik romantycznej miłości, moje wyobrażenie o warunkach nieodzownych do zaistnienia uczucia zwalającego z nóg. Nigdy chyba tak naprawdę nie pozbyłam się tych wyobrażeń, które są przecież kompletnym zaprzeczeniem rzeczywistości. Są niedorzeczne!

Bo o czym to film? O parze dwudziestolatków, którzy poznają się przypadkiem w european express, czy innym pociągu tego typu i postanawiają spędzić razem wieczór w Wiedniu. Rozmawiają o masie ważkich rzeczy, głównie w kontekście związków i dylematów damsko-męskich. Dziś już wiem, że miłość i jej istnienie to tak naprawdę tylko hipoteza, tak jak Bóg, Święty Mikołaj czy kosmici. Ale wierzyłam święcie, że Jesse i Celine spotkają się sześć miesięcy później w umówionym miejscu.
Do czasu brutalnego sequela, który Linklater popełnił dziewięć lat później. "Przed zachodem słońca" pokazuje tych samych dwudziestolatków, tyle, że są już po trzydziestce. I co prawda - nie udało im się spotkać w umówionym miejscu, ale okazuje się, że ta jedna noc i to jedno wyobrażenie, złudzenie miłości, żyło w nich przez te lata. Do tego stopnia, że Jesse napisał o tej miłości bestseller, a Celine - piosenkę...

Także teza moja, choć dyskusyjna, wydaje się być prawdziwa nie tylko dla mnie: czasem wspomnienie jednej chwili z życia, wspomnienie czyjegoś spojrzenia, albo uśmiechu, potrafi znaczyć więcej niż całe lata związku. Potrafi z większą intensywnością zaprzątać umysł. Bo w tym wspomnieniu przechowujemy nie tyle tę osobę, co samych siebie.

Tych samych siebie, to poddał pod rozwagę inny szalony reżyser, Peter Greenaway. W "Księgach Prospera" (adaptacja szekspirowskiej "Burzy"), mówi o księdze miłości. Tu miłość może być spostrzeżona jedynie w księdze luster, to jest w lustrzanym odbiciu i jedynie w ułamku sekundy. A więc - w nas samych.

A następnie jeszcze znowu Szekspir przychodzi w sukurs, bo mamy epilog wygłoszony przez Prospera, z którego dla mnie jasno wynika ta prawda, która jest prawdą o mnie samej - jesteśmy tym, z czego zbudowane są sny. Składamy się ze złudzeń. Bez nich nie jesteśmy niczym więcej, jak nieociosanym klocem, Kalibanem. Któremu wcale nie odbieram prawa do szczęścia, przecież na nieociosaniu właśnie polega zen. Na życiu bez pragnień ponad możliwości i na posiadaniu bardziej, niż istnieniu jako takim.
Całkiem przypadkiem natrafiłam jakiś czas temu w sieci na stronę z twórczością Jana Rybowicza. Facet pisał bardzo nierówno. Ale ten jeden wiersz, który poniżej przytoczę, sprawił pewnej przedwiosennej nocy, że płakałam jak baba. Którą mam prawo być i jestem. Mam nadzieję, że zrozumiecie mnie lepiej, dzięki niemu. Oby.

Kompot z rabarbaru

nie pamiętam twojego imienia
koloru twoich włosów, oczu
nie wiem, kiedy to było gdzie,
przy jakiej okazji

czasami tylko, ostrożnie
wydobywam z pamięci
ten gest, z jakim postawiłaś
przede mną kompot z rabarbaru

i zaraz przerażony chowam
w panice ruch twojej ręki
z powrotem w niepamięć
aby nie zwariować z czułości
strona: 1 2 3 4
    dodaj do dodajdo

Komentarze

dodaj komentarz
azalinka [20.04.09/09:40]

nie o to chodzi by złapać króliczka...

moja bajka jakoś często wygląda tak że całuję pięknego księcia , a on się zamienia w paskudną ropuchę
kozucha [16.04.09/10:43]

Zgadzam się,

rzec można - w całej rozciągłości. Zawsze najprzyjemniejsze jest samo czekanie na cud, a nie cud. I nie dotyczy to wyłącznie miłości, ale w ogóle - wszystkiego.
martolina [15.04.09/15:44]

ojej, syks, przepraszam, ze nie zwrocilam uwagi

dzieci mnie nad glowa lataja i sie skupic czasem nie moge na czytaniu komentarzy, jak juz mi sie w ogole uda cos przeczytac :)
sykstus [15.04.09/10:25]

tylko nie syksio

tylko nie syksio! ;/
plzm [15.04.09/08:08]

biedny syksio

napisales, zauwazono i wzieto pod rozwage :)
sykstus [14.04.09/23:22]

napisalem ze nie mija

ale kto by tam zwracal uwage na to co ja pisze ;/
martolina [14.04.09/22:52]

bardzo to ladne

plazmus

ja sie od jakiegos czasu nie "mecze zakochiwaniem", ale kto wie? bo to chyba nie mija, czasem sie tylko ucisza
plzm [14.04.09/21:18]

otóż :)

okazuje sie, ze mozliwe, ze nie mija i ze sie ziszcza.. :) moze kiedys mi przyjdzie dopisac poprawke, aneks... ;)
piaget [14.04.09/14:09]

o ja cie

dziękuję za instrukcję skąd to się i jak, bo w nieświadomości żyłam :)
i za oba wiersze dziękuję, bo piękne
i ja jestem chyba jednak z tych, co im nie przemija. i co teraz? :)
Truskawka [14.04.09/11:59]

echs

ladnie ci to wyszlo musze przyznac. I znam to echs znam mocno i bolesnie. Ja od zawsze nieszczescie swoje zwalalam na bajki, ktore psia ich mac utkwily mi w glowie na amen. Dopiero zupelnie potem i za gorami za lasami okazalo sie, ze czasami cos tam co wydawalo sie kompletna mrzonka jest mozliwe...:)
sykstus [13.04.09/19:19]

nie czuje sie zatruty szczegolnie ;

kwestia wazniejsza na ile to prawda.. ;
gali [13.04.09/14:52]

no weś mie nie mów-

jak se to odczytałam po raz pierwszy to nie wiedziałam eto kto:)
i się specjalnie nie interesowałam i nie interesuję bo i po co, no po co,
to nieważne jak i to czy kto pijaczyna czy żarłok

nie tyka mnie kim kto (czasem tak)
Plazma [13.04.09/14:38]

tak właśnie,

czasem wiejski pijaczyna kobicie robi bardziej niż noblista
ja nad tym Rybowiczem to już całe noce przesiedziałam i przepłakałam, i w ogóle
a Brodski to samograj, wiadomo, że, ekh, wielgiem poetą był...
gali [13.04.09/14:22]

a co,

rusza Cie jaki jabajbaj? no perosze Cie:DDDD
plzm [13.04.09/14:15]

hm,

no chyba Ciebie ;p
gali [13.04.09/14:07]

eta,

moje bardzi ;)
Plazma [13.04.09/14:00]

Met,

a czy ja tu mówię, że moja pyrawda jedyna? nie, wręcz podkreślam, że to pyrawda o mnie.

Syks, Ty to powinieneś na jakiś detox od wyborczej iść, zaistę ;)

Gali, no niezłe. Ale mnie moje rusza bardzi :)
gali [12.04.09/11:32]

oglądam sobie

po raz 743 'Przeminęło z wiatrem' i sie wkurzam po raz ten sam na Scarlett O'Harę, co wariuje na punkcie dupowatego Ashleya Wilkesa.

Mnie rozwala to:

'Szkoda, że cię tu nie ma,
szkoda, kochanie.
Siedziałabyś na sofie,
ja - na dywanie,
chustka byłaby twoja,
moja - kapiąca łza,
albo może na odwrót:
płacz ty - pociecha - ja.
Szkoda, że cię tu nie ma,
szkoda, kochanie.
Prowadząc wóz, dłoń kładłbym
na twym kolanie,
udając, że je mylę
z dźwignią, gdy zmieniam bieg.
Wabiłby nas nieznany
lub właśnie znany brzeg.

Szkoda, że cię tu nie ma,
szkoda, kochanie.
Srebrny księżyc na czarnym
nieba ekranie
na przekór astronomom
oddawałbym co noc
na żeton na automat,
by usłyszeć twój głos.

Szkoda, że cię tu nie ma,
na tej półkuli -
myślę, siedząc na ganku w letniej koszuli
i z puszką "Heinekena".
Zmierzch. Krzyk mew. Liści szmer.
Co za zysk z zapomnienia,
jeśli tuż po nim - śmierć?'
sykstus [12.04.09/09:27]

btw.

byl kiedys - niedawno dosc - w wysokich obcasach taki wywiad z jedna pania sexualna (tj. sexuolozka czy cus), ktora powiedziala, za jak jakis facet zapamieta tw gest, czy tez kolor sukienki, ktora szaczegolnie jakos uderzala o tw noge (ty to kazda kobieta w tym wypadku), czy whatever, jakis szczegol ulotny, i powie ci o tym przy nastepnej okazji, chocby i po dlugim czasie to jestes ugotowana. wlaczajac w to te seksualna pania..
Agat [12.04.09/09:26]

„Życie to tylko chwile”

Chwile przeżyte, te wymarzone, szukane. To one czasem dają kopa by żyć, rozwijają możliwości twórcze.
Może nie doceniamy to co mamy, może mamy ciągły niedosyt wrażeń. I ciągle szukamy, jesteśmy otwarci ( wrażliwi) na nowe doznania: nowe muśnięcia, nowe spojrzenia.
met [12.04.09/00:58]

twój sposób

myslenia i postrzegania pewnych zjawisk, które ludzie uważają za kluczowe w życiu jest mi bliski i w dużej mierze miewam tak samo albo podobnie.
utożsamiam sie ze stwierdzeniem, że w pamięci o czyms tam z kims tam, przechowujemy samych siebie, że wzruszają nas gesty, miny, ale nie do konca zgadzam się z tym, że miłość to tylko wyobrażenie czy złudzenie, bo powiedział tak Szekspir czy jakiś rezyser. pomyśl, to też byli tylko ludzie, którzy przetworzyli swoje doświadczenia, które konweniują akurat z twoimi nastrojami, a przecież byli też inni ludzie, którzy mieli inne doświadczenia i opisali to zgoła inaczej:) i też uważają to za prawdę:)
zatem?:)
sykstus [11.04.09/23:59]

owsz

nie przemija..
Angina [11.04.09/23:57]

Kocham ludzi wrażliwych

bo sama nie mam tej wrażliwości. Wiem, że jestem płytka i zimna i to, za czym dzisiaj płaczę, jutro wyśmieję.
Plazma [11.04.09/23:41]

zblas,

no wiadomka, wanie Ci mowilam, ze Ty masz bardzo dobrze we lbie poukladane, i ze naprawde Ci tego zazdroszcze mocno, no :)

ax, neeej, nie o to szlo w sumie - codziennosc jest jak najbardziej cool, jak sie ja ma... taka wlasnie a nie inna. a jak sie nie ma, co sie lubi, to wiesz.
zblaz [11.04.09/23:18]

romantyzm jest przereklamowany

a miłości niespełnionych mam po metaforyczne "tąd". tak samo jak egzaltacji i gwałtownych uczuć rozbijających się o byle co. zaś tzw. nudna codzienność jak dla mnie całkiem nie-nudną być potrafi. No nie wiem, chyba po prostu stawiam na święty spokój :]
ax [11.04.09/22:48]

...

wiesz plamo...już cały dzień o tym tekście myślę...i właściwie nic nie wymyśliłam.
Bo zgadzam się, że tylko miłość niespełniona jest romantyczna...no ale z drugiej strony nudna codzienność to jest "tylko"?
I w ogóle jeszcze coś chyba, a nawet różne cosie, ale sama nie wiem, co...
podoba mi się twój tekst.
Plazma [11.04.09/22:20]

Beo,

dok-ładnie! Też się staram być twardsza :)
i jak takamała - czapka z łba za "jaki niestosowny" :))))
takamała [11.04.09/21:07]

beo

jestem powalona na kolana komentarzem "Jaki niestosowny" :))) bossskie. nie wiem czy byłabym tak subtelna i ... czy wyrzuciłabym list...
beo [11.04.09/20:23]

ja chyba także

utkana jestem ze złudzeń...Jedne odchodzą, by ustąpić miejsca kolejnym. Ale widzę postępy i za każdym pożegnanym złudzeniem jestem ciutkę dojrzalsza i deko mądrzejsza. Wczoraj dostałam list od dawnego narzeczonego, z którym ostatni kontakt miałam dobrych 15 lat temu.On nie pytając o mój stan cywilny, przy okazji życzeń wielkanocnych, oznajmił mi w długim, poetyckim liście, że mnie kocha i musimy być razem. Odłożyłam list na bok i pomyślałam:" Jaki niestosowny". Dziś wyrzuciłam go do kosza razem z innymi śmieciami.
mi-to-wisi [11.04.09/17:53]

Młodzieńczy wiek...?

Hm... Ja to w sumie jestem tego młodzieńczego wieku... Aczkolwiek wierzę jeszcze w taką już realną miłość! I chyba każda z nas powinna wierzyć, bo to nie jest powiedziane, że się nie wyleczymy / wyleczycie! Na każdą z nas jeszcze przyjdzie czas! :)

Smacznego jajka! =D
plzm [11.04.09/13:09]

przyciężkie?

pewnie tak, masz rację Dag :)

Takama, z jakim niemłodzieńczym wiekiem, weź się opanuj laska, bo naprawdę :))

oczywiście, spokojnych, udanych, wesołych, fajnie spędzonych, i tak dalej, wszystkim :))
Daguniek [11.04.09/12:21]

Są istoty

tak wrażliwe, że ta wrażliwość i wieczne roztęsknienie jest aż przyciężkie...

Lubię Cię czytać, choć z tego całego tekstu wzięłam dla siebie jakby tylko połowę... - bo nie mam chwilowo dźwięku w komputerze i nie mogłam filmików obejrzeć.
takamała [11.04.09/08:25]

Plazmo...

pięknie napisałaś...
napisałaś jakby o mnie... tylko ja chciałabym się z tego "wyleczyć"
Też jestem chora na miłość. nierealną i niespełnioną... A mój nie-młodzieńczy wiek wskazuje, że jakoś sie z tego nie wyrasta
Spokojnych i pieknych Świąt, tak przy okazji

Pisz i twórz jedyny autorski serwis
dla ludzi, którym się chce!





Cafenews