[sekundę...] 


REKLAMA
Kraków i ja
Ginger [2006-08-27]
„Kraków kocham od zawsze. Powiało banałem. Owszem, ale naprawdę tak jest, od zawsze, to znaczy od momentu, kiedy tam pierwszy raz pojechałam. Zobaczyłam smoka, Wisłę i Sukiennice i stwierdziłam, ze to jedyne miejsce, w którym mogłabym żyć i być szczęśliwą. Miałam wtedy lat sześć.

Następnym razem udało mi się zobaczyć Wawel. Wyjechałam oszołomiona, pijana wrażeniami, długo chodziłam z nosem na kwintę, no bo cholera, co to jest za sprawiedliwość, że jedni muszą żyć w jakichś ciasnych, nudnych miejscowościach, a drudzy mogą sobie codziennie spacerować Plantami, nieświadomi swego szczęścia???

Pytanie to, dręczące mnie od wczesnych lat szkolnych, nadal zachowało swój retoryczny charakter.
Potem było już tylko gorzej. Okazało się, że w Krakowie są teatry. I to jakie! I to ile! Okazało się również, że jest Rydlówka, że jest Jama Michalika, że jest Muzeum Wyspiańskiego, że jest obłędny uniwersytet i mnóstwo pięknych kościołów. Po kolejnej wycieczce wyłam z rozpaczy i nie chciałam dać się wcisnąć do autobusu powrotnego. Wygrał rozsądek i siła moich kolegów.
Po jakimś czasie do tego wszystkiego doszedł Kazimierz i kilka innych cudów, między innymi gorąca czekolada w kawiarni u Grzegorza Turnaua i pierogi u Zdzicha.

Złożyło się to na moją stanowczą decyzję:” Zrobię wszystko, żeby się tam znaleźć. Wyjadę i będę mieszkać tam, choćby pod mostem, tak!” Każda kolejna pielgrzymka do tego, już niemal objętego kultem miejsca, utwierdzała mnie, że moja decyzja jest słuszna, co więcej, nie mam wyboru, po prostu muszę tam zamieszkać, inaczej zamienię się w starą, sfrustrowaną jędzę, zakiszoną w małomiasteczkowym sosie.




I nagle bomba. „Dzień dobry, uprzejmie informujemy, że dostała się pani na studia…” Juhu! Tak! Spełniły się moje marzenia, jejku, będę studentką, nie no, nie mogę uwierzyć!

Witaj Krakowie, to ja, twoja prowincjonalna gęś, przybywam, żeby cię podbić! Nadszedł ten moment, muszę tam pojechać. Sama. Bez siostry, koleżanek, pani wychowawczyni czy polonistki. Trzeba zawieźć papiery, rozejrzeć się za mieszkaniem.

Wsiadłam więc w autobus i po kilku godzinach byłam na miejscu. Wielki dworzec, wszystko dookoła rozkopane, informacja, że tu powstaje Galeria Kraków, ryk młotów pneumatycznych, tłumy żebraków i ludzi z plecakami. Jak się stąd wydostać? Gdzie iść? Gdzie jest rynek? Czemu tu nie ma Sukiennic? Gdzie jest mój Kraków?! Po półgodzinie, z pomocą niezbyt przyjaźnie nastawionych ludzi, znalazłam się na Plantach.

barbakan.jpgNo, już lepiej. Przynajmniej widać Barbakan. Tylko teraz jak się dostać na mój wydział? Mapa! Jest, uf, chwała Panu. Nic z niej nie wiem. Trudno. Nie wiem jakim cudem, ale dotarłam. Błądziłam jeszcze chwilę po korytarzach i zakamarkach, w końcu, zadowolona z siebie, dokonałam wpisu na studia u pana, który zdawał się nie podzielać mojej radości, mało tego, miał taką minę, jakby robił mi łaskę.

Moja radość nieco ostygła, ale postanowiłam pójść za ciosem. Kierunek- biuro kwater studenckich. Tam przynajmniej siedzieli ludzie, a nie terminatorzy, z wyrazem potępienia wymalowanym na twarzy. Poumawiali mnie na kilka spotkań, udzielili paru wskazówek i nawet życzyli powodzenia. Dumna i blada ruszyłam przed siebie.






Byłam już nieco zrezygnowana, postanowiłam więc wdepnąć na kawę. Podano mi ją w mikroskopijnej filiżance, naburmuszona kelnerka zainkasowała 5 zł i znikła, obrzucając mnie przed tym szyderczym wzrokiem. Kawa, aczkolwiek niewielka, postawiła mnie na nogi. Podśpiewując pod nosem:” Krakowie, okrutny Krakówku” udałam się na oględziny kolejnego mieszkania.

Mało przy tym nie zginęłam na przejściu dla pieszych, potem ledwo uszłam z życiem, umykając spod kopyt szalonego konia. Pod mieszkaniem kłębiły się tłumy rozwrzeszczanych młodych ludzi. Nieustannie ryczeli jak opętani, albo odbierali komórki, albo właśnie gdzieś dzwonili, potem przyszedł właściciel i powiedział, że „nieaktualne”. No cóż, takie życie.

Reszta albo „nie dla studentów”, albo za drogo, albo za daleko, albo jedno i drugie, albo jedno, drugie i trzecie. Rzuciłam tylko okiem na pomnik Mickiewicza na Rynku ( w renowacji) i okazało się, że trzeba się chyba zbierać do domu.

Wola Duchacka, Wola Duchacka…gdzie to może być? Znalazłam się w samym centrum, obok jakiegoś piekielnego skrzyżowania, zaczęło lać, samochody trąbiły, tramwaje dzwoniły przerażająco, nie mogłam się dopchać do rozkładu jazdy, poczułam się jak dziecko, które zgubiło się w wielkim domu towarowym. Nic, tylko siąść i płakać.

Nie było jednak na to czasu, zresztą, właśnie zobaczyłam, że nadjeżdża autobus, który ponoć zatrzymuje się na przystanku o wdzięcznej nazwie Wola Duchacka, niewiele myśląc wskoczyłam do środka. Na Wolę jechałam pół godziny. Drugie pół godziny szukałam ulicy Wysłouchów, trzecie pół godziny zeszło mi na wyszukaniu bloku nr 16. mieszkanie ładne, ale daleko i drogie.




planty1.jpgPomknęłam więc ulicami, tym razem zręcznie unikając śmierci na pasach, przebiegłam przez Planty, jakiś człowiek podniósł głowę znad plastikowej butelki z winem i pozdrowił mnie ruchem ręki, odmachałam mu, a co! Samochody nadal trąbiły, tramwaje dzwoniły, ludzie wrzeszczeli, zza chmur przedarło się słońce, a ja, balansując pomiędzy kałużami i rozkopanymi chodnikami, jakoś tak niepostrzeżenie dotarłam na dworzec. Sama. bez niczyjej pomocy! Wsiadłam do autobusu. Słońce powoli zachodziło, a kiedy Wawel został daleko w tyle, natychmiast odczułam przejmujące uczucie żalu i tęsknoty….cholerna magia!








 
strona: 1 2 3 4
    dodaj do dodajdo

Komentarze

dodaj komentarz
Brzózka [01.02.10/15:35]

bardzo tęsknie...

Może małe miasteczka was nie interesują... ale ja w takim się urodziłam i wychowywana byłam 4 lata przez moją kochaną babcie w takim miasteczku, ponieważ moi rodzice pracowali w toruniu.kiedy miałam 5 lat, zamieszkałam z rodzicami w toruniu, tęskniłam za babcią i całą rodziną.
Teraz nadal tak jest. Fakt, że jeżdże na wakacje, na ferie w weekendy, ale to dla mnie za mało. Mieszkam w toruniu, oddalonym o 60 kilometrów od tego miasteczka, a tam mieszka cała moja rodzina. Kiedy ciocia siostra mojej babci, opowiadała mi o życiu, jak byli mali i jeszcze nie było mnie kuzynów rodziców, chciałam żeby nie kończyła tych opowiadań. moja babcia, dziadek, ciocie wujki, rodzice, prababcie i pradziadkowie wychowywali się tam i w okolicach, a ja mieszkam tak daleko, mieszkałam tam tylko 4 lata. :( Chciałabym tam wrócić.
pianistka ;) [01.11.07/12:19]

chemia Krakowa

Ja doskonale Cię rozumiem! Wiem co to znaczy kochac to miasto jak nic na świecie... i wiem jak ciężko stąd odjeżdzać. Znam ten żal. Ale moja marzenia także się spełniły! Teraz jestem studentka 4 roku na Akademii Muzycznej ;)
karola [20.09.06/14:35]

wrocław the best!!!

tak sie zlożyło że po studiach(we wrocku) trafiłam do krakowa. po przeszło roku mogę stwierdzić, że meczy mnie to miasto, ludzie zarozumiali, zero luzu. moim miejscem na ziemi jest Wrocław, kocham to miasto jego atmosferę, otwartość u ludzi. krakusy to ludzie zapatrzeni w siebie, zarozumiali i naprawdę strasznie lecący na kasę. poza tym na ulicach korki, brak jakiejkolwiek przestrzeni. a Wrocław cóż...miasto zieleni, przestrzeni, mostów i Odry...
Grotska [06.09.06/15:16]

Kraków

...moje miasto, tu się urodziłam, tu mieszkam i żyję.
Rynek, Śródmieście, Kazimierz, Wawel to są te moje senne, dziecięce okolice, które pokazywali mi rodzice. Jak dziś pamiętam jak w starym mieszkaniu na Kazimierzu wycięłam sobie na skośno grzywkę, a potem na balkonie razem z bratem wcinałam żelki, z papierowego rożka, zakupione na straganach z kolorowymi słodyczami - gdzie się one podziały? Albo krypty na Wawelu i wielgachny Kościół Mariacki, wtedy gigant i monument, dziś też choć już w innym tych słów znaczeniu. Niezmiennie zachwycające żelazne liście i ornamenty w poszczegulnych kamienicach i uliczkach, to była magia. Albo pozłacane kopuły zabytków, stare uliczki po których kiedyś chodzili książęta i damy...a teraz ja tylko już bez takiej fajnej sukienki i gorsetu.
Jest, wszystko jest w Krakowie - kumulacja. I galerie, muzea, i kościołów, i zabytków od gromu, sklepy, puby, kawiarnie. Czasem takie 'za fajne' to wszystko, męczące, trochę zbyt zamknięte, ale to przechodzi i na nowo zachwycam się rynkiem w nocy, Kościołem mariackim na tle niebieskiego nieba, smokiem na którego właziłam w dzieciństwie a i teraz się zdarza, a co? ;) ...co prawda mieszkam w Nowej Hucie....ludzie powiadają, że to już nie Kraków. A ja się buntuję! Czuję się krakowianką, choć nie wiem czy mam 'prawo'...bo jeśli by ktoś nie wiedział to miało to być oddzielne miasto - miasto przemysłowe. Do Krakowa przyłączono je w 1951r. I jakby nie patrzeć to częścią Krakowa jest, tylko..hmm..ta mentalność ludzi trochę inna. W Hucie jest wszystko takie spokojne(pomijając psycholi ganiających z kosami i dużego wskaźnika przestępczości) i widać ślady socjalistycznych kombinatorów co zostawili po sobie głównie szarość. Dobrze, że ludzie potrafili otrząsnąć się z tej monotonii i przystosować dzielnicę do życia. Teraz to już wszystko jedno...mieszkam w Krakowie i mam 2 rzeczywistości...Nowa Huta i Stare miasto. Chyba Cię rozumiem:)
banana_shake [05.09.06/20:22]

Magia trwa...:)

Taak:) W moim wypadku ciaągle jestem na etapie nr 1 czyli ... wycieczki po Krakowie. Odkrywam, zachwycam się, zakochuje się... Chce studiować psychologię ... gdzie??... Oczywiście w Krakowie:)
keady [05.09.06/17:26]

Czy ja wiem?

Rok temu życie mnie rzuciło do Krakowa, za którym zreszta nie wiedząc czemu nigdy jakoś specjalnie nie przepadałem. I po roku nie zmieniłem zdania. Owszem, jest to piękne miasto, stara klimatyczna architektura i wieczorem mnóstwo fajnych knajpek, ale to co naprawdę dla mnie sprawia, że dobrze się w jakimś mieście czuję, to ludzie. A tu chyba mam pecha, bo na każdym kroku mam do czynienia z arogancją, snobiarstwem i "kim to ja nie jestem". Miasto nadętych ludzi. Miło nie jest. Oczywiście wiadomo, że nie wszyscy są tacy, ale wyjście na obiad i oglądanie min obsługi, a wieczorem starcie po knajpkach z innymi "widzimisię" robi swoje. Chcę uciekać.
Dzień w dzień tęsknię za Wrocławiem, który opuściłem rok temu i czekam tylko na moment, kiedy znowu tam się znajdę. Tam jest moje miejsce.
akasha [05.09.06/15:00]

mój Krakówek

Mieszkam w Krakowie całe moje życie czyli, będąc bardziej precyzyjnym, 21 lat. Chyba nie wyobrażam sobie mieszkania gdzie indziej, no może ewntualnie w magicznym Paryżu. Uwielbiam to leniwe, kawiarniane życie, spacery po ulubionych trasach, nawet zatłoczony Rynek.
madonna [05.09.06/13:42]

Całkowicie się zgdazam

Jestem z Ośwoęcimia który jest kojarzony tylko z obozem ja mamtego dość. Gdy pojechałam do Krakowa chciałam tam zostać lecz nie mogłm. Teraz mam 13 lat i gdy jade do krakowa zawsze chce tam wracać a jeszcze bardzieej chce tam wracać gdy na jakiejś kamienicy zauwazyłam wielką reklamę sklepu H&M z MADONNĄ (uwielbiam madonne) ale nie tylko dlatego tam wracam, Kraków ma jakiś taki fajny klimat i jestem wściekła że stolicę przeniesiono do warszawy (nienawidze warszawy). A KRAKÓW UWIELBIAM
adusia [05.09.06/13:02]

a ja tak daleko od Krakowa... i tak tęsknię!!!!

Teraz wiem, że studia w Krakowie były najwspanialszym okresem w moim życiu - i chociaż większość rodziny mieszka w Krakowie i tam się urodziłam, moi rodzice przenieśli się do małego miasteczka oddalonego o 30 km i tam dorastałam.
Ten szok związany z odkrywaniem nowego miasta, poczuciem osamotnienia i niedopasowania, niespodzianek związanych z tramwajami i autobusami - to wszystko spotkało też mnie, ale szybko minęło i zmieniło się w autentyczne rozczulenie i miłość do starych murów i miejsc z prawdziwą duszą... a poza tym nic nie jest w stanie dorównać poczuciu zwyciestwa gdy wsiądzie się wreszcie we właściwy autobus i to bez niczyjej pomocy;)
Teraz mieszkam 300 km od Krakowa - wyjechałam dla pracy i czuję jakby ktoś zabrał kawałek mnie.. Na pewno tam wrócę, bo nic nie zastąpi poimprezowego spaceru po Grodzkiej o 4 nad ranem...
K... [05.09.06/01:47]

"a w Krakowie na Brackiej...."

hmmm....skad ja to znam....W TYM MIESCIE jest cos niesamowitego. Przyciaga nas i sami nie wiemy co to jest naprawde. Cale dziecinstwo przyjezdzalem do Kraka mniej-wiecej co 2 tygodnie na weekendy (cala moja rodzina mieszka tu) i za kazdym razem kiedy musialem wyjezdzac, plakusialem jak bobr. Gdy bylo coraz blizej studiow, los sprawil mi kolejna niespodzianke - wyladowalem w....Kanadzie. Ale mimo to nie przestalem marzyc o mieszkaniu w Kraku i wrescie sie udalo. Mieszkam troszku w Kraku, a troszku w tym wielkim kraju niedzwiadkow:) Czasami baaaaaaaardzo watpie ze marzenia sie spelniaja, ale niektore mysle ze tak....Pamietajcie - nie przestawajcie miec marzen w zyciu i dozyc do nich...!!!:)
adelka [04.09.06/22:23]

popieram

krakow to miasto gdzie marzenia sa wieksze niz zazwyczaj.......
Ginger [29.08.06/15:45]

A co tam =)

Haha,Kati żebym to ja wiedziała wcześniej ;) Ale, co tam, zaliczyłam piękną wycieczkę krajoznawczą :D
met [29.08.06/14:57]

kati

broszki podejrzewam sobie tak po cichu jeszcze nie było:>
Kati [29.08.06/14:42]

ojoj ;)

ginger, trzeba było poszukać na broszce przewodnika :) a wysłouchów to kurdwanów, nie wola duchacka ;) prawie wieliczka ;)
Aseł [29.08.06/12:32]

ale

Ichnia Akademia Ekonomiczna ma bajeczną salę sportową...
W Krakowie będę w łykend. Ostatnim razem nie było mi zbyt przyjemnie.
Kraków nie jest moją miłością, jeżdżę tam dla ludzi :))
met [29.08.06/12:11]

hmm

ja np. to nie lubi e krakowa. ale może na zasadzie przekory. jak mówili, że Łódź jest brzydka to mnie sie szalenie spodobała, jak mówią, że Kraków taki pienkny, to ja widze tam same wady:D czujesz,nie?:>

ale tak patrząc bez przekory to mam w sumie tak samo. owszem knajpy fajne, ale jak dla mnie miasto bez rewelacji. małe, zatłoczone niemiłosiernie a po wyjściu ze starówki okrutnie brzydkie.
Ginger [29.08.06/11:50]

O to chodzi

Jimmy, właśnie o to chodzi. To, co nieuzasadnione jest zwykle najlepsze. Pozdraaawiam =)
jimmy [29.08.06/11:30]

no dobrze

ale ta "magia" wcale nie znajduje tu uzasadnienia.
lorka [29.08.06/10:52]

Witaj w Krakowie

to ja tylko 10 lat temu, ale ten czas szybko leci.. ( tramwajem byłoby szybciej.. no ale przy dworcu rozkopane wiec chwilowo zmiany w kursach tramwajów:)
pozdrawiam z wysłouchów 44:) ( z osiedla KURDWANÓW a nie z Duchackiej:P)
adriana [28.08.06/21:35]

Super!

Świetnie opisane! Czyta się z przyjemnością. Wiesz, mam podobne odczucia, tylko do Warszawy, a w przyszłym roju, gdy będę sama zaczynałą tam studia, to pewno i doświadczenia podobne:D A zdanie o tym, czemu ja mieszkam w cisanej miejscowości, a inni... powtarzam sobie codziennie. Tylko ładne widoki na góry sprawiają, że jeszcze nie wariuje w Jeleniej Górze:D Pozdrawiam ciepło autorkę!

Pisz i twórz jedyny autorski serwis
dla ludzi, którym się chce!





Cafenews