[sekundę...] 


REKLAMA
"Dzieci bohaterów"
martysska` [2010-01-12]
Musiało być południe, kiedy zaczęłam czytać tę książkę. 

Ofiary i oprawcy. Miłość i nienawiść. Rozkosz i cierpienie. Bohater i potwór. To określenia przeciwne. Czy może pokrewne? I to tak bardzo, że dzieli je tylko krok, tylko impuls? Czy granica między nimi w ogóle istnieje? W cywilizowanym, poukładanym i doskonałym świecie, pewnie tak. Tylko co, jeśli takiego świata nie ma? Co jeśli zajrzymy do wnętrza domu, w którym te granice zostały podeptane? Co tam ujrzymy? Jeśli rzecz dzieje się na przedmieściach Port- Au- Prince na Haiti, zobaczymy leżącego na podłodze Corazona. Ma roztrzaskaną czaszkę. Obok leży zakrwawiony klucz i śpiąca Józefina. 

„Dzieci bohaterów”. Ten tytuł mnie zaintrygował. Moim pierwszym skojarzeniem była wojna. Kolejna książka o dzielnych młodych ludziach walczących odważnie o wolność. I właściwie się nie pomyliłam. Z tym, że to nie ta wojna z czołgami i karabinami. To walka o uwagę. O przytulenie. O miłość. A tak jak na prawdziwej wojnie, odpowiedzią jest przemoc. 

Szesnastoletnia Mariela i jej młodszy brat Colin, będąc po raz kolejny świadkami bicia matki zabijają swojego ojca. Zanosi się na patos i moralizowanie? Otóż wręcz przeciwnie. Ta książka pokazuje, że są światy i sytuacje, w których nie ma winnych i ofiar. Albo raczej, że czasem nie wiadomo, którą rolę przyszło nam odegrać. Tak jest w przypadku tego rodzeństwa. Colin twierdzi, że „Lepiej znosi się własny los, gdy nie zna się innego”. Dlatego w imię tej zasady żyją z Marielą znosząc upokorzenia i ciosy. Patrzą na bogobojną matkę, która nauczona posłuszeństwa, nie odczuwa już bólu, ani upokorzenia. Która pozwala sobą rządzić każdemu, komu przyjdzie na to ochota. Dzieci są niewątpliwie ofiarami fizycznej i psychicznej przemocy. Całe życie ponosiły karę za swoje uporczywe istnienie. Aż któregoś dnia skorzystały z nauki ojca. „Przemoc, to dla nas żadna nowość” mówi Colin.
Dzieci wykorzystały broń Corazona, przeciwko niemu. Colin próbując sobie poradzić z zaistniałą sytuacją stwierdza: „To nasze życie zabiło Corazona. Nasze pieskie życie, tak dalekie od nadziei i tak bliskie śmierci.” Ofiary i oprawcy. 

Jest Józefina. Kiedy głowa Corazona zostaje roztrzaskana przez dzieci, ona śpi wykończona kolejnym laniem. A może tylko udaje? Nauczona jest przecież pokory. Potrafi przyjmować rzeczywistość, ale nie umie na nią reagować. Lata bicia wyprały ją z ludzkich uczuć. Jest ofiarą, bo straciła przez przemoc życie. Jest oprawcą, bo nigdy nie zareagowała. Bo każdego dnia swojego grzecznego życia była bierna. Postać Józefiny pokazuje, że kobieta, wobec której stosowana jest przemoc może być do tego stopnia przekonana, że jest to właściwe, że zaczyna traktować bicie jako rzecz normalną i słuszną. Józefina wychowała się w sierocińcu, gdzie wpojono jej, że ma być uległa, a najważniejsze są modlitwa i pokuta. Więc modli się gorliwie, trzymając w ramionach nowonarodzone dziecko, by Corazon wrócił do domu po wielu tygodniach nieobecności. I wraca. Zarośnięty, brudny, pijany. A ona pokutuje. Jedna pięść. Druga pięść. Wypada ząb. Amen. 

Jest Corazon. Bokser, alkoholik, mechanik i ojciec. Wielki przegrany na każdym z tych pól. Poległ na ringu. Został wyśmiany i udowadnia światu, że jest silny, bijąc pokorną Józefinę. Córce przez całe życie wypomina, że nie jest synem, a synowi, że nie jest bokserem. Corazon żyje w cieniu matki, której udało się wydostać z piekła slumsów. On sam jednak nie powtórzy jej kroków, bo nie pozwala mu na to duma. Bo wiele lat wcześniej został powalony na łopatki na jednym z ringów i nigdy się nie podniósł. To istota, której nie da się polubić. Ale w momencie, gdy wiemy, że dostaje to, co mu się należy, gdy umiera, pojawia się w nim na chwilę Człowiek. Corazon jest zdziwiony. A potwory nikogo nie kochają tak mocno, żeby nie spodziewać się z ich strony ataku. Potwory nie ufają. 

Dla Marieli i Colina było oczywiste, że zapłacą za morderstwo, którego się dopuścili. Dali sobie jednak trzy dni życia razem. Trzy dni- namiastkę dzieciństwa, którego nigdy nie mieli. Wiedzieli, że później dostaną się w ręce władz. Jest w książce taki fragment, który stanowi kwintesencję historii. „ Lecz obiecaliśmy sobie niedzielę.”- mówi Colin- „Popołudnie na placu Bohaterów. Chwilę dla siebie, by nikt nie mógł napiętnować naszego życia zbrodnią, dramatem. Przelotną chwilę swobody. Taki czas poza czasem, w którym będziemy istnieniami bez przyczyn i konsekwencji. Starczyło dziesięć dolarów by poczuć się przez moment dziećmi bohaterów. Jakbyśmy się urodzili, żeby być szczęśliwi.”. 

Musiało być południe, kiedy zrozumiałam, że taka jaka jestem, nigdy nie będę warta usłyszenia prawdziwej historii rodziny Pamphile.

strona: 1 2
    dodaj do dodajdo

Komentarze

dodaj komentarz
Moira [24.01.10/20:28]

Niesamowicie mnie tym zaciekawiłaś...

treść jest naprawdę poruszająca, ale też bardzo intrygująca...
jednak obawiam się, że nie jest to odpowiednia lektura na moją wrażliwość... przynajmniej na razie :)
ax [13.01.10/22:00]

...

poruszająca treść...nie wiem,czy chcę o tym czytać...
fajnie to napisałaś.
Wuwulec [11.01.10/22:29]

To ciekawe.

Czytałem z autentycznym zainteresowaniem.
Dzięki

Pisz i twórz jedyny autorski serwis
dla ludzi, którym się chce!



Cafenews