
Kiedy zwałki tłuszczyku pracowicie uzbierane w ciągu roku rozkłada się na plażowym leżaku a parzące słońce wwierca się w głowę wywołując poczucie gęstniejącej zamuły, to bądźmy szczerzy, i romans Danielle Steel wyda nam się ożywczą bryzą.
.jpg)
I tak połknęłam oprócz żałosnych wyznań brata Madonny o tym, jaka artystka jest skąpa i małostkowa, jeszcze "
American Dream" młodej Natalii Bielawskiej, która może i talent ma, i słuch językowy nawet, ale nie utożsamiam się z jej skłonnością do widzenia Ameryki jako świata starych ludzi, najczęściej wypędzonych z własnych ojczyzn Żydów, tym bardziej zdziwaczałych, im trudniejsze były ich wojenne losy.
Ale za to tę trzecią książkę myślę, doceniłby każdy, kto choć trochę odróżnia literaturę przeciętną od dobrej i któremu na tej drugiej jakości zależy nawet pod palącym słońcem jakiegoś południowego kraju. To jest książka nie tylko dla tych, którzy cenią sobie dobry język i niebanalne literackie konstrukcje, ale też dla lubiących sentymenty, należących do tej frakcji ludzi, która uważa, że sięganie pamięcią wstecz i grzebanie w niej bardziej bywa przydatne niż uporczywe wypatrywanie świetlanej przyszłości. To jest też książka dla tych, którzy pamiętają dobrze swoje dzieciństwo w epoce Gierka, oraz dla tych, którzy skorzy są do tego, żeby się dowiedzieć „jak to było”.
Joanna Bator, autorka „Piaskowej Góry”, moja rówieśniczka niemal, która kiedyś urzekła mnie książką „Japoński wachlarz”, przedstawiająca jej wrażenia z dwuletniego pobytu w tym kraju, feminizuje.
O sobie pisze kulturoznawczyni i filozofka, nie kulturoznawca i filozof, a w książce, o której tu napiszę ten feminizm mocno się przebija, wyraźnie go widać. Czytelnik nie ma cienia wątpliwości, tak jak bohaterki, że chłop w pojedynkę nie nadaje się do niczego. Przybiera postać nieudacznika górnika pijaka, komendanta policji bijącego swoją córkę, przebiegłego prywaciarza, zawziętego i pełnego nienawiści chłopa ze wsi, także nieudacznika winiącego za swoje krzywdy cały świat w tym rzecz jasna Żydów, przygłupiego szkolnego lowelasa z grzywką a la Limahl i w spodniach pyramidy z Turcji, księdza, który boleśnie konstatuje, że celibat nie jest jego powołaniem, i całej masy usmarkanych półdzikich dzieci puszczonych samopas na podwórka nowo wybudowanych betonowych osiedli na ziemiach odzyskanych.

Matka bohaterki Jadzia Maślak, po mężu Chmura powtarza, że chłop bez baby nie znaczy nic, nawet sobie gaci uprać sobie nie umie. Kobiety z pokolenia na pokolenie niosą sztafetę smętnego losu żony przy niekochanym mężu, marzące o ordynacie Michorowskim lub Leonciu czy senatorze Jordachu, gotujące gary śmierdzącej kapusty i obsesyjnie czyszczące swoje obejścia lizolem ze strachu przed bakteriami. Dziewczynki z ich rodzin nie chcące biegać w różowych falbankach czy posiadające jakieś talenty inne niż lepienie pierogów postrzegane są jako latawice i fiksum dyrdum, odmieńce i dziwadła.
Jest w tej książce społeczny przekrój na przestrzeni lat, w których wydarzyło się wiele. Czas przed II wojną do czasu, kiedy Szczepkowska ogłosiła w TV koniec komunizmu w Polsce. Losy bohaterów nie są jednak przedstawione linearnie, w porządku chronologicznym. Życia poszczególnych bohaterów zazębiają się ze sobą, splatają, i przypominają trochę rozsypankę, z której autorka układa puzzlowy obraz Polski tamtych lat, społeczeństwa tamtego okresu. Wszystko to samoistnie napiera w głowie czytelnika na to, żeby poprzypominać sobie hasła typu: czarna wołga, Isaura, Leoncio, zielone jabłuszko, talon na fiata, meblościanki, fototapeta z palmą, oranżadka w proszku, dekaty itp.
Losy bohaterek są smutne, babki, matki, wszystkie te kobiety naznaczone są fatum wojny, przesiedleń, gwałtów wyzwolicieli, sąsiadów, mężów. Ale nie ma tu ckliwego smętu, użalania się, tragedii, która wywołuje przygnębienie. Moim zdaniem na tym polega świetność tej książki, że o tym, co tragiczne autorka potrafi pisać tak w sposób żartobliwy, tkliwy, ale też ironiczny, prześmiewczy, z dystansem do poczynań bohaterów i tego, co miało wpływ na ich wybory.
Nie ma ckliwości w akcie ratowania ludzkiego życia ani monumentu w tym, kiedy któryś bohater je traci. W scenach śmierci więcej jest groteski niż wzniosłości. Tak samo zresztą jak w życiowych przejawach typu poród czy wychowanie dziecka albo stosunków z teściową. Wszystko podszyte jest pełnym humoru dystansu, odrobiną melancholii może i prześmiewczości jednocześnie. Taki mix pozwala czytać o losach przesiedlonych na tereny Śląska Polaków, rodzin zbitych w 10 piętrowych kołchozach betonowych wieżowców z zaparciem, z jakim czyta się może co 100 książkę, która wpadnie nam w ręce.
Wszystko zależy oczywiście od skali cudzych zainteresowań oraz przynależności do frakcji historyków czy futurystów:)

Czytając tę książkę przypomniał mi się Bert Hellinger, który uważa, że trudno nam zrozumieć samych siebie bez znajomości historii swojej rodziny, losów jej członków, nawyków, zwyczajów, grzeszków, upadków i wzlotów. Wielką wagę przywiązuje do pochodzenia, koneksji, bo jego zdaniem te wyjaśniają właściwie wszystko, począwszy od tego po kim mamy nos i kolor oczu a skończywszy na wiedzy, czy przypadkiem to, jak układa się nasz los, nie jest aż takie przypadkowe jak mogłoby się wydawać.
Skończyłam czytać i przyszła mi do głowy myśl tyleż banalna, co prawdziwa, że wszystko tak gwałtownie się zmienia. W jednym czasie żyjemy w poczuciu, że utkwiliśmy w jakimś momencie dziejowym na zawsze. Zwłaszcza, kiedy nie jest to moment najlepszy. Że zawsze będą kolejki po szynkę a z siostrą będziemy spijać na pół mały soczek przywieziony przez sąsiadkę z Niemiec. Że zawsze będzie się siedzieć w szkolnej ławce i znosić upokorzenia na wuefie, że zawsze będzie się miało gładką twarz i czas dostępny dla siebie w nadmiarze, że zawsze będzie coś, co naszym udziałem jest teraz. A tymczasem mija nie tak wiele czasu i wszystko tak diametralnie się zmienia. Dzieci rosną, mężowie odchodzą, inni przychodzą, a z zagranicy można gadać za darmo mając tylko komputer i sieć, sokami można opić się do wodobrzusza a kolorowymi lodami zatruć.
Jeśli książki czegoś uczą, to ta uczy na pewno szacunku do czasu, tego, co minął bezpowrotnie, który egzystuje w nas silniej niź nam się zdaje oraz do tego czasu, który jest teraz, bez względu czy dzieje się coś dobrego czy niekoniecznie. Jak mawiała babcia Maślakowa: co komu pisane, temu w wodę kamień.
Komentarze
Też to czytałam
z wypiekami na twarzy, ponieważ historia toczy sie w moich rodzinnych stronach, a autorkę bardzo cenię. I się nie zawiodłam, bo faktycznie literacko bardzo dobra rzecz, momentami niepokojąca i lekko duszna, pewnie też za sprawą "natłoku" języka.I jak na feministkę przystało - autorka odważnie (nawet nieco prowokująco) pisze o odmienności. Polecam.
wszystko co
polecisz czyta mi się dobrze, więc zapisuję tą pozycję w notatniku :) Po mojej głowie ciągle chodzi "Nieznośna lekkość bytu" Milana Kundery , którą skończyłam kilka dni temu ... takie książki pozostają w pamięci, przynajmniej mojej.p.s ja ciągle tu zaglądam, a miałam zniknąć ... kurnafel , uzależniacie :)
no to cieszę
że wam się podoba to albo tamto:)...
met...dla mnie jesteś mistrzynią pisania recenzji!Już sama
recenzja warta jest głębszych przemyśleń, tym bardziej warto będzie sięgnąć do książki. Niezbyt często nadarza się poczytać o mimowolnym przesiąkaniu spuścizną naszych przodków, choćby się nie wiem jak chciało od niej odciąć. Bardzo dobra recenzja.warta
zainteresowania ta twoja recenzja:)gdyby ktoś opisał moją rodzinę to naprawdę byłoby co czytać! i popieram syksa-przedostanie zdanie jest the best:)
zmiany jedyną stałą
są, zaiste, i nic nie może przecież wiecznie trwać, tra la la...dobrze jest pamiętać, że w sumie sami mamy wąziutką wiedzę o świecie i nie warto nigdy zakładać czegokolwiek - stałości, zmienności, dobra ani zła, bo to wszystko delikatna jest materia, jako i życie, o :)
całkiem ciekawie sie zapowiada,
warto przeczytać, tamte czasy warte są przypomnienia, zwłaszcza takim udanym obrazem.przedostatnie zdanie
b. a'propos )