[sekundę...] 


REKLAMA
Bliskość?
met [2010-02-03]
Mam rozkminę ostatnio na temat coraz częściej słyszanego i używanego słowa wokół mnie. Słowo to pojawia się przy okazji rozmaitych relacji, jakich doświadczają obserwowani przeze mnie ludzie, a może nawet ja sama i tak sobie myślę, że o co chodzi właściwie i że jak to jest. Bo wiele składników w tym koktajlu mi się gryzie i nie pasuje.
Chodzi mi o słowo, pojęcie `bliskość`. 

To jest niesłychana wręcz sprawa, jak ludzie dążą do tego, żeby być z kimś blisko. I uwaga, nie używa się przy tym słów `kochać`, albo `intymność` , bo pierwsze jest za bardzo patetyczne jak na nasze czasy i nie czarujmy się, nieprzystawalne w dzisiejszej dysfunkcyjności zagubionych ludzi. No a drugie też straciło na znaczeniu i kojarzy się bardziej z seksem niż z tym, co tak naprawdę w relacji z kimś drugim chcielibyśmy osiągnąć. 

I np. mówi się, mówi ona albo on albo ja, ktokolwiek: on/ona jest mi bliski, jesteś mi bliski i dlaczego tak akurat? Nie że kocham go/ją, nie że jest między nami niepowtarzalny rodzaj intymności, jakiego nie mam z nikim innym, ale, że bliski. Takie słowo wytrych chroniące nas przed śmiesznością w razie, jak to co między nami jest nie ma nic wspólnego z miłością, no bo przecież jej nie ma.
Mam wrażenie, że boimy się wyznając tę bliskość powiedzieć tak naprawdę, że to co dostajemy czy doświadczamy jest namiastką tego, czego potrzebujemy i pragniemy. Jakiś rodzaj bezpiecznego azylu, który stwarza poczucie, że funkcjonujemy w układzie z kimś, ale nie do końca. Można z niego swobodnie się wycofać, jak coś pójdzie nie tak. 

Dochodzę do wniosku, że bardziej sami sobie generujemy poczucie bliskości z kimś niż to istnieje naprawdę. Narzucamy na kogoś tam swoje oczekiwania, pragnienia, a ponieważ ktoś nie spełnia nawet 20% tych pragnień, to bezpiecznie nazywamy układ bliskością. I się jakoś tam w nim mościmy bez poczucia żalu, że miłość się nie spełnia, bo w końcu, helom, miłości nie ma. Jest sobie za to bliskość. 
Czytałam gdzieś niedawno, w jakiejś gazecie zacnej tekst na temat badań, jakie ktoś przeprowadził, jakżeby inaczej, w Stanach, na temat zakochania się. Otóż badacz poparł doświadczeniami tezę, że zakochać można się w każdym. W obcym na ulicy, w brzydkim, głupim, innym, takim, śmakim, w każdym, dosłownie, wymaga to tylko zastosowania odpowiedniej taktyki. W tym momencie odziera to nasze relacje z partnerami z całej otoczki magii i tym podobnych mrzonek, ale trudno w sumie się nie zgodzić, co ten badacz sobie uknuł. 

Jedną z tych taktyk stosowaną w celu zakochania się w kimś jest patrzenie wybranej osobie głęboko w oczy. No to oczywiste jest, że kontakt wzrokowy znaczy naprawdę wiele. Uporczywe wpatrywanie się nie może przejść niezauważone i w osobie, na którą tak się ktoś patrzy rodzi się tysiąc myśli od: mam coś na nosie albo mu się podobam kurde blade. Albo coś w tym guście. 

Drugim zabiegiem jest oswajanie i interesowanie się sprawami drugiej osoby. Potem idzie zwierzanie się z problemów, następnie z intymnych tajemnic, spraw, jakich nie mówimy nikomu innemu. To bywa mocno wiążące, rozmówca czuje się zobowiązany w jakiś tam sposób do bliskości z tym, co tak nawija te tajemnice.
I po czasie takich nawijek nagle okazuje się, że ta osoba cośmy ją mieli za nieinteresująca czy obcą okazuje się może niezbyt ładna, ale ma „coś „ w sobie, może niezbyt mądra, ale „bystra” albo sprytna, może niezbyt zaradna, ale „stara się”, a poza tym w końcu nam się zwierza, interesuje się nami, więc czego nam więcej trzeba do szczęścia. 

Mamy bliskość! 

Od tego momentu zaczyna się krzywda, która robią nam nasze własne mózgi. Uruchamiają potencjał hormonów taki, że nagle osoba, z która tę bliskość wg nas mamy staje się nam niezbędna. I nieważne co robi, jak postępuje, co mówi, ważne, że raz powstał nam w głowie pomysł o tej bliskości i potem jest już tylko gorzej. Wkrada się uzależnienie, zwane tez zakochaniem, ale raczej wolimy nazywać to bliskością właśnie. 

Czasem to wypala, a czasem jednak nie, bo okazuje się, że nie możemy być blisko z kimś innym skoro nie umiemy być blisko z tym, z kim naprawdę warto, czyli z samym sobą. 
Myśl ta tracącą smrodkiem a la Coelho ma jednak moc prawdy.
Wnioskiem tego obłędnego wykładu jest teza, że nie ma bliskości między ludźmi, jest tylko to, co chcemy wobec ludzi odczuwać. Fałszujemy rzeczywistość wokół siebie i upiększamy ją, żeby nie zwariować od nadmiaru prawdy o tym, że wszystko jest w gruncie rzeczy ułomne i słabe a najbardziej my sami. Dlatego zakładamy coś, czego nie ma. 

Jak ja, w czasach gdy byłam dzieckiem wyobrażałam sobie, że jestem Lalą i odwiedzam wraz z Zajączkiem Misia uszatka oraz noszę kolorowy sweterek i mam piękny domek z mebelkami.
Tak, że nie, to po prostu nie może się udać;]

strona: 1 2 3
    dodaj do dodajdo

Komentarze

dodaj komentarz
laminat [09.02.10/20:46]

met

tak wlasnie jest! dokladnie jak piszesz!
niestety...

p.s Coelho to mdlosci i bolesci, fuuuuj
martuuuuuuha [09.02.10/01:11]

plazmi

:PPPPPP
plzm [08.02.10/16:21]

anosz

ale są rzezcy, o których się nie śniło nawet martuszee ;)
met [08.02.10/15:30]

plazmis

ale pojednawczo jesteś nastawiona hihih ciekawe czeeemuuu?:))
ale jedno jest pewne, o tym soku marchwiowym:)
Plazma [08.02.10/12:24]

a ja se wierzę

we wszystko, od świętego świerada, przez bliskość po to, że wiosna nadejdzie (chociaż potem minie, ale potem znowu nadejdzie, etsetera) - czasem się ma ją, czasem się nie, potem się znowu ma - i czy jest sztuczna czy prawdziwa to nigdy niewiadomo do końca, bo czymże jest prawda, a czymże sztuka?...
rzekłam ;)
yamot [05.02.10/21:56]

ej Syks

ale z czem ty do mnie pijesz, a?

;>
sykstus [05.02.10/21:02]

owsz,

naturalnie ze przyjazn to blskosc. i jak jeszcze

/biedna yam nie rozumie )
met [05.02.10/20:09]

zblaz

jak off top, jak na temat?
spokolus:)
ale własnie, mnie się wydaje, że mam poglądy w tym temacie com napisała, sprecyzowane, i dlatego startuję z ferowaniem wniosków, ale wierz mi, że rada bym se te wnioski zmieniła hehe
na skutek of kors osobistych doświadczeń innych, lepszych itp. i wtedy napiszę, że jest pięknie i wspaniale.czysz, zjawi się ktoś, kto napisze, że pieprzę, bo życie to nie tylko motylki i kwiatki ale i ciemniejsza strona:)
i tak ciągle i ciągle, lepsze, gorsze, gorsze, lepsze.
ja życzę nam, sobie i tobie, żeby jednak zdarzało nam się to fajniejsze niż akcje pt. nie ma miłości i wszystko jest bez sensu:)
amen
no a wtedy zoab
zblaz [05.02.10/19:39]

wiesz met :)

ja sobie zdaję sprawę z tego, że sama się podłożyłam pod te uszczypliwości, ale w sumie nie ma dramatu, jestem świadoma swoich skłonności do przesady w dążeniu do sprecyzowania o co mi chodzi i argumentowania możliwie konkretnie :D fakt, że czasem, jak widać, niepotrzebnie :]

a że akurat w temacie zadanym mam poglądy odmienne, acz zbyt mgliste żeby się z nimi uzewnętrzniać, to się już przestanę mnożyć komcie i sorry za offtop :)

p.s. wiedziałam, że skomentujesz słowo "upierać" :D
Ica [05.02.10/19:06]

Bliskość?

Widzisz mi jest to uczucie obce. Mój "chłopak" za chwile będzie się bawił na swojej studniówce ( nie nie ze mną ) ale ze swoją kuzynką.
Także, bliskość była już jej nie ma.

Niczego nie ma.
met [05.02.10/18:05]

wiesz zblaz

bardzo cenię twoją przenikliwość poznawczo badawczą. gdybym pisała teksty naukowe czy anwet para naukowe, za pewne czułabym się zobowiązana robic przypisy oraz wykazywać metody oraz udowadniać, że grupa focusowa była reprezentatywna oraz właściwie dobrana.
ale nie wiem czy zauważyłaś
nie jest to takie miejsce
dwa, nie pisze prac naukowych
trzy, piszę co mnie osobiście zainspiruje przykładając miarę do własnych doświadczeń czy obserwacji
cztery, nie spinam się w tym na prawdy objawione, o czym dobrze wiesz:), ale jakoś tak lubisz mi to wytykać. spoko, nie mam problemu, żeby ci powiedzieć: nie kochanie, nie wiem lepiej:)

no a pięć, to bywa tak, że w życiowych mądrościach ludzi jest zawsze jedna prawda a przeciw niej kontrprawda, np. gdzie kucharek 6 tam nie ma co jest a jako kontra, gdzie dwie głowy to nie jedna.
i tak można mnożyć przykłądy.

więc oczywistym jest, że będę "upierać" się przy moej rozkminie, bo po to o tym napisałam, żeby się "upierać", choć nie jest to właściwe słowo. napsiałam, bo tak czułam. a nie dlatego, że tak masz czuc ty, ona, on czy ktoś inny jeszcze.
wydawało mi się, ze takie sprawy są oczywiste i przy oakzji moich obserwacji dyskutujemy o swoich i dochodzimy se do jakichś wniosków jak nam się chce.

ale skoro wolisz udowadniać, że znasz się na procesach badawczych i czyni cię to bardziej zadowlonąto spoko, nie mam z tym problemu:) i cieszę się, że mogłam przyczynić się do twojego lepszego sampoczucia, że np. ty mas zlepiej i wnioski masz bardziej unaukowione, sympatyczniejsze itp:)
to tylko może cieszyć:)
yamot [05.02.10/12:08]

o jeżusie

zescie namieszaly i ja juz nic a nic z tych sciezek myslowych nie kumam :D
i jeszcze mis uchatek - pedofil :D
zblaz [05.02.10/11:51]

no weś, met, bez żartów :D

wadliwość ściezki myślowej polega na nieprawidłowo (nielogicznie) wyciąganych wnioskach i żeby to stwierdzić nie trzeba szukać przykładów na podobnych przedmiotach tylko przykładów opartych o tę samą zasadę. Tak jak działania matematyczne typu dodawanie działają tak samo bez względu na to czy liczysz jabłka czy ludzi.

ergo - udowodnienie, że coś można wygenerować sztucznie (np. uczucia wywoływane przytoczoną metodą) nie oznacza, że to samo coś nie występuje w naturze samo z siebie (tak jak np. bywają zajebiście duże pomidory w naturze ale można je też tak zaprogramować genetycznie, co nie).

Abstrahując już od tego drobiazgu, że jak widze taki kwiatek: "Czytałam gdzieś niedawno, w jakiejś gazecie zacnej tekst na temat badań, jakie ktoś przeprowadził, jakżeby inaczej, w Stanach, na temat zakochania się. Otóż badacz poparł doświadczeniami tezę, że zakochać można się w każdym." to to dla mnie żadną miarą nie oznacza, że coś zostało udowodnione i że nalezy to uznawać za prawdę objawioną oraz punkt wyjścia do ogólnożyciowych refleksji :D No bo - kto? kiedy? gdzie? jaką metodą? jakie były założenia? jak zdefiniował zakochanie? jak dobrał grupę badanych?.... itd. "Ktoś gdzieś" mnie nie wzrusza :)

ale skoro wolisz upierać się przy swojej rozkminie i swoich wnioskach, to spoko :) cieszę się tylko, że ich nie podzielam.
divi [05.02.10/01:11]

bliskość, w moim pojęciu tego słowa,

związana jest tylko i wyłącznie z uczuciem, które łączy parę. I mam tu na myśli miłość a nie układ partnerski czy jakikolwiek inny. Bliskość oznacza, że dzieli się z tą osobą praktycznie wszystko, jest zachowana intymność, łączy te osoby przyjaźń i oddanie.
W przyjaźni można być z kimś blisko ale nie może być mowy o bliskości. I hmm, nie wydaje mi się, żeby ludzie stosowali tego typu "bezpieczny azyl" tylko dlatego, że boją się przyznać (przed kim? przed znajomymi? rodziną?) co jest między nimi a drugą osobą. Bo czego tu się wstydzić? Może tak się dzieje, faktycznie, ale ja się z czymś takim nie spotkałam jeszcze. A znam wielu ludzi, widziałam na oczy wiele związków, mniej lub bardziej udanych, ale jeszcze nigdy nie usłyszałam od kogoś, że ktoś jest dla niego/niej "bliski", zamiast po prostu postawić sprawę jasno.
marlaa [04.02.10/23:21]

dla marlii

to nie skonczonosc ludzkiego związku:)dla mnie jedynie niby bycie z kims a nie bycie nie miesci sie w definicji wspomnianej bliskosci i jest dla mnie pewną ucieczką.
met [04.02.10/23:08]

jak wszystko

także i to rozsadza się o to, jak każdy z nas pojmuje jakieś słowo, bliskośc jest dość niejdnoznaczna i o tym własnie chciałam napisać. że niby sie jest z kimś a nie jest. tak dla mnie to wygląda. dla marlii może bliskośc to skończonośc ludzkiego związku:) tak tez bywa, ale dla mnie niekoniecznie.

tak czy owak, słuszna uwaga o misiu uszatku pedofilu i podoba mi się to z nutella i waflem ryzowym, namiastki, namiastki...
ax [04.02.10/22:52]

...

a bo jest różnica między tym stwierdzeniem "jesteśmy ze sobą blisko", a "ktoś jest mi bliski". Niby to samo, a przepaść. Pierwsze jest właśnie tym nieokreśleniem się w związku, a drugie sednem prawdziwej bliskości
Chyba.
;)
gali [04.02.10/22:11]

nie,

ale mógłby ;}
marlaa [04.02.10/22:03]

a

musi?:P nie;)
gali [04.02.10/21:59]

masz

rację, niech teraz ktoś mądry to podzieli.
marlaa [04.02.10/21:50]

dlatego napisalam

że dla mnie te pojecia sa tu namieszane i nie do konca pojmuję to wszystko.
gali [04.02.10/21:49]

dlatego napisałam,

że wytrych w pojęciu tym co Met wyżej, a nie że jest :)
marlaa [04.02.10/21:47]

no ale to nie jest

bliskosc.a raczej ucieczka przed nią.
gali [04.02.10/21:46]

Marluu,

a nie spłyca się?
coś się chrzani w związku na początku i bywaj.
ff i pieprz za friko.

to jest głębokie? nie.
chyba głębia jest passe ;)
marlaa [04.02.10/21:44]

a i met, Ty piszesz o tym

że to nieslychane, jak ludzie dązą, zeby byc z kims blisko. Ja mam zupelnie odmienne obserwacje i wnioski. To własnie lęk przed prawdziwą bliskoscią jest oznaką tej dysfunkcji i zagubienia i łatwiej wdac sie w jakis uklad, bez zobowiazan, uciekac, przyciagac, ranic i nie wiem co jeszcze wymyslac niz sie obnazyc i zaryzykowac.
marlaa [04.02.10/21:33]

tylko, że

przeciez wszystko można spłycic a to nie o to chodzi.

bliskosc jako plytkosc to mi zupelnie nie pasuje, nawet w pojeciach.

zgadzam się natomiast z tym, ze sami sobie generujemy to poczucie.i szczescie lub nieszczescie polega na tym, kogo tym obdarzymy, co zaczniemy w tej osobie widziec i ile dopowiadac.
gali [04.02.10/21:26]

oj Marluu,

ale bliskość w takim pojęciu płytkim, że się uzywa jedynie słowa-wytrychu, rozumiesz. tylko takim.

i się zgadzam z Tobą :)
marlaa [04.02.10/21:13]

gali a tego nie pojmuję już zupelnie

dla mnie bycie w zdrowym w miarę związku wymaga bliskosci.
bliskosc wymaga wysiłku wlasnie.
gdzie tu niechec? ale owszem, można byc w związku nie bedąc blisko...wtedy to jakis uklad jest.
nie wiem, bo z tego, co czytam to pomieszane te pojecia tu bardzo :)
gali [04.02.10/21:00]

a mi to 'bliskowanie'

pasuje do usprawiedliwienia niechęci do wysiłku jaki niesie związek.

na sucharze ryżowym nutella i styka.
takie niby smaczne, ale aż skrzypi w zębach tą pustką;)
takie moje zdanie.
Daguniek [04.02.10/20:32]

Met,

nie wiem, bo jak bum cyk cyk mi się to jakoś w głowie nie składa. Znaczy, że można siłą woli włączyć sobie pikawę do kogoś gdzieś tam wewnątrz... no i tak dalej...
met [04.02.10/14:43]

farfa

jakoś nie czuje sie na siłach ogarnąc do tego kwestie dobra i wiary, no sorry:) nic na ten temat nie wspominam.

no ale zblazi, jeśli chcesz wytknąc wadliwośc ścieżki myslowej to na przykładzie adekwatnym a nie nieprzystającym, bo wtedy mnie nie przekonujesz:)
zblaz [04.02.10/13:56]

met,

ale ja Ci wytykam wadliwość wnioskowania na (akurat głupim) przykładzie, a nie porównuję cycki do miłości i Ty o tym doskonale wiesz tylko się wykręcasz :P

poza tym po namyśle stwierdzam, że z tej całej rozkminy przemawia do mnie najbardziej chyba koncepcja "bliskości" jako słowa-wytrychu na wszystko, względnie słowa-tarczy przed rozczarowaniem.
goya [04.02.10/13:23]

co do

misia uszatka to się zgadam z ax-dziwny był:)
a miłość i bliskość ...hmmm..nie zawsze idzie to ze sobą w parze.
bliskośc to pojęcie ogólnie względne,np. czuję niesamiwitą bliskośc z moim kolega, ale nie erotyczną,tylko emocjonalną...
a ludzie boją się słowa"kocham cię"...bo... bo tak naprawdę jest puste
farfala [04.02.10/11:27]

ale...

dlaczego tak brutalnie i w ogóle bez wyjątków? czyli miłości nie ma, bliskości nie ma i intymności też,bo to jest wszystko nasz wymysł i bo to jest wszystko przesycone iluzorycznością? Ja się nie zgadzam. Nie i już. zbyt ogólnie i zbyt schematycznie i w ogóle ble i fuj. a jak cycki nie są dobrym przykładem to może... ok, są ludzie obłudni, którym się wydaje, że są dobrzy i wierzą w Boga i chodzą do Kościoła- no są. ale czy to znaczy, że już nie ma dobrych i wierzących ludzi?
marlaa [04.02.10/09:30]

rozumiem

tok myślenia i sens, ale trochę namieszane. bycie blisko to wentyl bezpieczeństwa? dla mnie przeciwnie, wtedy najbardziej się wystawiam na zranienie, właśnie kiedy jestem i czuję się blisko. i myślę, ze sporo ludzi się bliskosci boi, unika.
met [04.02.10/08:45]

eno zblaz:)

ale cycki są fizyczne a emocje są niedotykalne:) więc te rozumowania nie pasują.
met [04.02.10/08:43]

a wiesz ax

co do misia uszatka możesz mieć rację... i ten głos dorosłego faceta i to jak mis pouczał te lale i zajączka niesfornego, hmmm, ale sam też miewał wpadki :))
no ale zajączek odpada, bo był wiecznym dzieckiem, figle mu tylko w głowie, prosiaczek mieszkał z ciocią chrum chrum, więc do widzenia:) a kruczek był jakiś taki jak stary facet, przemądrzały:)
więc już sama nie wiem, chyba opuszczę tę bajkę na zawsze, przeniosę się do coralgola, przynajmniej był romantyczny:))

co do twojej interpretacji bliskości, to trudno się nie zgodzić, tak to widzisz. ale dla mnie to i tak ejst jakiś rodzaj wentyl bezpieczeństwa, zasiek, jaki wystawiamy dla obrony przed zranieniem.
zblaz [04.02.10/08:39]

pojechałaś ciotka po całości :D

ale nie przekonuje mnie tok wnioskowania typu "skoro można wytworzyć sztucznie zakochanie, to wszystko jest iluzją, którą próbujemy przykryć prawdę o mrocznym, złym i ułomnym świecie"

no bo czy fakt, że można se sztucznie powiększyć cycki dowodzi tezy, że prawdziwe cycki nie istnieją..?
ax [04.02.10/07:48]

...

no co wy laski, mieszkałyście z misiem uszatkiem?! A nie zauważyłyście nigdy, że to był bardzo podejrzany osobnik??
Niby był dzieckiem, bo się bawił z innymi zwierzątkowymi dziećmi...ale mieszkał sam w domu, bez rodziców i na dodatek zachowywał się jak dorosły... Nie...z misiem uszatkiem było stanowczo coś nie tak. Jako dziecko nie wiedziałam, co...ale teraz mam pewną teorię, której jednak nie ujawnię, bo to poważne oskarżenie;))

a co do bliskości...Nie jestem pewna, czy nie jest to coś więcej niż miłość, a na pewno więcej, niż zakochanie. Można się zakochać i odkochać. Od miłości do nienawiści. Miłość jest ślepa... Bliskość wydaje się być bardziej stabilną. Można się zakochać bez wzajemności, ale bliskość nieodwzajemniona chyba nie istnieje. No i co jest warta nawet największa miłość bez poczucia bliskości? Nic. To tylko kwestia czasu, kiedy się to wszystko rozpadnie. I czy wobec tego zachowanie ostrożności w kwestii określania temperatury związku, zwłaszcza na początku, jako bliskość jest tchórzostwem, czy rozsądkiem i odpowiedzialnością właśnie?

miałam coś jeszcze napisać, ale myśl mi uciekła, bo bardzo spieszące się młode prosi o kanapkę...więc lecę, coby głodne wyjść z domu nie musiało;))
met [03.02.10/21:46]

heloł

miało byc ale nie poprawiłam:)
gali [03.02.10/21:32]

i też mieszkałam

z Misiem Uszatkiem :]
gali [03.02.10/21:30]

a co to

helom?
sykstus [03.02.10/21:17]

ok.

sie nie odzywam juz ;
met [03.02.10/20:32]

oj dag

to co opisujesz to nie taka sytuacja:) na eksperyment trzeba być naprawdę gotowym a nie, że powinnam się zakochac, bo wart;] wtedy rodzi sie w ludziach naturalny odruch przekory przecież.
iskra pewnie jest, bo przeciez ludzie cześto wpadaja na siebie jakoś tak nagle, znienacka, prawda? i bum, zakochani czy napaleni, jak zwał.

ale chodzi o to, że takie emocje można siłą woli też wytworzyć, ot co. czyli nie sa one wcale a wcale magiczne. jest to zwykła otwartośc, gotowośc na coś plus pożądanie a wg eksperymentu pożądanie przychodzi potem. a kolejnośc nie ma znaczenia, grunt, że jest świadomość, że można nad tym w sumie panowac, bo pomyśl, jeśli można emocje wytworzyć, to mozna i je w sobie zniweczyć;]

czyż to nie optymistyczne?
Daguniek [03.02.10/19:43]

Tchórzostwo?

Pewnie w jakimś sensie tak. Bo 'kocham' to słowo intymne bardzo i jakoś łatwiej powiedzieć, że 'on jest mi bliski' niż od razu 'rzucać miłościami'. No i kiedyś już jakoś tam się stało, że ludzie zaczęli mówić, że 'kocham' się zdewaluowało, dlatego jakby ostrożniej się zaczęli z tym wszystkim obchodzić i bezpieczniej było mówić 'bliskość'.

Nie wiem, jak tam badania i inne takie, bo w sprawach zakochania ja się jakoś na badaniach podpierać nie umiem (co w pewnym sensie jakoś samo sobie przeczy, bo tu koniec studiów psychologicznych prawie a tu mój romantyzm i wiara w miłość mimo wszystko). Ale: 'generowanie' miłości czy tam zakochaniopodobnego czegoś wydaje mi się śmieszne. Jak bum cyk cyk próbowałam się kiedyś w kogoś tak wpatrzeć i tak się nim interesować itd. bo wiedziałam, że chłopak tego warty. Ale choć trwało to długo, nidyrydy jak nie ma iskry.
met [03.02.10/17:50]

cóż nasz mądralko

całkowicie przystaje na twoja uwagę apropos tchórzostwa. zapewne słowa jakos kształtują rzeczywistośc i ludzie pewnie myśla, że jak powiedzą bliskośc nie miłość, to bedzie mniej bolało, a jak zauważasz słusznie, boli tak samo. ale cóz, złudzenie to złudzenie, tak jak co do uczuc, tak i co do tego, że konsekwencje ich braku nas nie dotkna jak nazwiemy je inaczej.

natomiast ani badacz ani ja nie udowadniamy, że miłość nie istnieje. jeśli tak odczytałes to może zrzucmy to na karb tego, że niedokłądnie się wysłowiłam czy coś.
chodziło o to, że te miłość łatwo jest wygenerowac, łatwo ja storzyc praktycznie z niczego, bo jest to kwestia potrzeb i taktyki. nic w gruncie rzeczy mistycznego, jednak nie zaklada to, że miłości nie ma, bo jak się już coś takiego w głowie sobie stworzy, to czasem trafia się na kogos, kto to podtrzymuje i długo uczucie jakie stworzyliśmy wydaje się ludziom realne. cóz, skoro i tak potem się rozmywa i umyka:)
ale było:)
a jak było, to istnieje:)
ale nie taki był cel wywodu, raczej taki jak w twim akapicie o tchórzostwie.
sykstus [03.02.10/16:10]

akurat

slowa rozkminiac, rozkminka prowadza mnie na krawedz odruchu wymiotnego, ale mniejsza..

Jak już zostalo zauwazone, ograniczylas się do relacji paraerotycznych, ale da się to zrozumiec, bo faktycznie, tak to jest – zdaje się – ostatnio uzywane.

Coz , wydaje mi się, ze bierze się takie okreslanie takie okreslanie relacji miedzyludzkich z tchorzostwa wlasciwie. Dokladniej z obawy przed zaangazowaniem. Dlatego ludzie nie mowia ‘kocham’, bo to zobowiazuje bardziej niż ‘być blisko’.
Z drugiej strony mysle, ze w wielu przypadkach jest to jednak zaklinanie rzeczywistosci, bo jak już ‘być blisko’ ze soba przestaja, to okazuje się ze boli (tak samo? – kto to zmierzy) jakby kochali..

Btw. temu badaczowi amerykanskiemu oczywiście, chodzilo, jak rozumiem, o to jak ‘zakochac kogos w sobie’. Czy to dowod na to ze zakochanie nie istnieje? Watpie.

Czy to wszystko o czym piszesz dowodzi, dalej idac, nieistnienia milosci? Również watpie
martu [03.02.10/15:44]

met

martuuhą, nie martoliną ;)
met [03.02.10/15:40]

.

kozucho, rozmyslania nigdy nie biora się z nikąd;]
i obie z martoliną potwierdzacie jakby moje obserwacje, że m owienie o kims "bliski" wcale nie oznacza"najukochańszy".a czemu tak sie dzieje? to chyba jak zwykle, ilu ludzi, tyle powodów
:)
martu niepełnosprawna [03.02.10/15:10]

ja tam nie wiem

ale tu sprowadziłaś to pojęcie do relacji facet-facetka i to relacji, hmm problem definiowania - miłosnej, intymnej właśnie, tej jedynej.
Dla mnie pojęcie bliskości odnosi się do relacji z ludźmi w ogóle.
Czy nadużywam - nie wiem, ale fakt, jest mi chyba trochę wytrychem. Ale ja mam w mózgu pewną niepełnosprawność polegającą na nieumiejętności definiowania relacji - nie używam w zasadzie takich słów jak przyjaźń, związek, miłość i chyba je wszystkie zastępuje mi "bliskość".
kozucha [03.02.10/15:02]

Czytając,

uświadomiłam sobie, że dzisiaj, faktycznie, używa się słowa "bliskość" w nieco innym znaczeniu, niż dawniej. "Jesteśmy ze sobą blisko" znaczy, jak mi się zdaje, tyle, co "jesteśmy ze sobą", czy tak? Cóż, moi "bliscy" to dla mnie "moja najbliższa rodzina", co wcale nie musi zaraz znaczyć, że akurat to osoby najukochańsze na świecie. Bywa różnie, różniście... Bliskość od miłości może dzielić przepaść. I z wrogiem też chyba można być blisko, niestety...Qrczę, jedno słowo, a tyle może rodzić nieporozumień. Ale Cię wzięło na rozmyślania! To chyba przez tę biel za oknem.

Pisz i twórz jedyny autorski serwis
dla ludzi, którym się chce!



Cafenews